Ani PES, ani NBA Live nie trafiły w tym roku na Switcha, więc żonglowałem FIF-ą 18, podrzuconą przez EA oraz NBA 2K18. Rezultat? Dwa przykłady na to jak portować wielkie marki na konsolę Nintendo. Żadna z dróg nie jest idealna, ale efekty okazują się zaskakująco dobre.FIFA 18 na Switchu nie jest kopią gier z innych platform. Ani z obecnej generacji, ani z poprzedniej, na której seria wciąż wychodzi w edycjach Legacy, zawierających jedynie odświeżone składy. Na Switchu to hybryda, której sporo brakuje do standardów wersji PC/PS4/X1. Najbardziej żal silnika. Nieobecność Frostbite oznacza brak całego trybu fabularnego Droga do sławy, ale też uproszczoną fizykę w trakcie meczów, którą odczuje każdy, kto grał w oryginał. Jest trochę płyciej, jeszcze bardziej arcade'owo i mniej ciekawie wizualnie. Ale w obu trybach (przenośny i w docku) gra działa w ślicznych 60 fpsach, oferuje całe bogactwo międzynarodowych komentarzy i jest po prostu... FIF-ą jakiej na konsoli przenośnej jeszcze nie było.Nigdy nie nauczyłem się grać w FIF-ę na Vicie. Smyranie tylnego panelu było przykładem zupełnie niepotrzebnej nowinki. Na Switchu po prostu bierzesz i grasz tak, jak na innych platformach. A choć jako wieloletni fan serii powinienem zgrzytać zębami na stary silnik, to widząc, jak bawią się niegrający prawie nigdy znajomi, jakoś nie mogłem się na to zdobyć. Zwłaszcza że FIFA od lat jest przyjazna nowicjuszom.Ma dwuprzyciskowy tryb sterowania, w którym trzeba wiedzieć jedynie, który przycisk odpowiada za strzał, a który za podanie. Ich typy i siła są dobierane automatycznie. Ani mój mózg, ani palce tego nie potrafiły, ale okazało się, że w ten sposób da się fajnie bawić, obsługując grę po joyconie na gracza. Jeśli wzdragasz się na tą myśl, to cóż - witaj w klubie. I pakuj pleja, pady i telewizor na wieczorne pykanie w przerwach ligowych kolejek...