Witam w Far: Lone Sails - grze niezależnej studia Okomotive, w którą po raz pierwszy miałem okazję zagrać jeszcze na gamescomie w 2016. Wtedy twórcy mówili o wyschniętym morzu i próbach rozwikłania jego zagadki. Ostatecznie wyschnięte morze jest tylko na początku, potem zaś trafiamy do wielu innych, nie mniej interesujących miejsc. Nasz bohater nie próbuje też rozwikłać żadnej zagadki; to raczej my zastanawiamy się, o co w tym wszystkim chodzi, jako że grę utrzymano w duchu tytułów Playdead - idź w prawo, chłoń atmosferę, rozwiązuj zagadki, interpretuj.Zaczynamy więc, stojąc nad grobem bliskiej nam osoby. Jej odejście sprawia, że postanawiamy opuścić dom i wyruszyć w daleką podróż przez wymarły świat...Chyba. Podejrzewam bowiem, że już na tym etapie obserwowane wydarzenia można zinterpretować w inny sposób. Twórcy opowiadają bardzo oszczędnie i tylko za pomocą otoczenia. Niepodważalny jest jednak fakt, że drepcząc po wyschniętym, mglistym dnie morza, szybko docieramy do naszego pojazdu. Wsiadamy do środka, dorzucamy paliwa i jedziemy. "A droga wiedzie w przód i w przód..."To właśnie poetyka jazdy staje się sensem Far. Zdarzały się chwile, w których niczym nie niepokojony mogłem po prostu patrzeć na przewijający się horyzont, piękny i napawający smutkiem. Oto kraina, która niegdyś żyła, spokojna i zakurzona, choć w rozklekotanych konstrukcjach, opuszczonych wioskach i na cmentarzach wraków wciąż czuć jeszcze czyjąś obecność. Oto bladoczerwony wschód słońca, zakopana w piachu wanna, najczarniejsza, gwieździsta noc na pustyni, stado przestraszonych bawołów uciekające nam z drogi. Ten melancholijny kolaż pobudzi do niesprecyzowanych refleksji. Bo przecież podczas jazdy samochodem również zdarza się po prostu dryfować przez podświadomość.Podróż w Far: Lone Sails nie byłaby nawet w połowie tak poruszająca, gdyby nie muzyka Joela Schocha. Co ten człowiek tam wyprawia - wzniosłe kompozycje pełne instrumentalnego rozmachu, minimalistyczne uderzenia gitary, burcząca złowrogo elektronika, miękki saksofon i ciepłe dzwonki. Ścieżka dźwiękowa potrafi postawić włosy na karku i pokroić cebulę tuż przy oczach. To bardzo eklektyczne dzieło, pełne najróżniejszych stylów i nastrojów, choć nastawione przede wszystkim na wywołanie tego specyficznego poczucia wielkiej podróży.Jakby tego było mało, zdarzają się też utwory dynamiczne, reagujące na to, co robimy. Epicki fragment w trakcie szybkiej jazdy może nagle zamienić się w subtelne pobrzękiwanie, jeśli postanowimy się zatrzymać. Gdy natomiast znowu wciśniemy gaz do dechy, muzyka płynnie wróci do swojego rozmachu. Robi to fantastyczne wrażenie i aż szkoda, że w późniejszych etapach nie mamy podobnej kontroli nad wspaniałymi utworami Schocha. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż z łatwością w nich toniemy.