Strzelaniny w niewielkich, zamkniętych pomieszczeniach wypadają miałko i chaotycznie w porównaniu z radosnymi, otwartymi, dającymi multum taktycznych możliwości pojedynkami w otwartym świecie. Obowiązkowe sekwencje, w których siedzimy w wieżyczkach, są nudne, monotonne i arbitralne (“jeżeli tu i teraz nie zestrzelisz tego samolotu, to nie przejdziesz dalej”) jak zawsze. Są też oczywiście sekwencje platformowe i również one sprawdzają się kiepsko, jak sprawdzały się kiepsko w każdym FPS-ie w historii ludzkości, nie wiem, czemu twórcy gier ciągle wracają do tych pomysłów.Ciężej przymknąć na to oko, kiedy nie mamy wolności porzucenia nudnej misji i wzięcia się za coś innego. Albo w sytuacji, kiedy punkt kontrolny zapisał się w miejscu, w którym rozpocząć mamy pościg za przeciwnikiem siedząc na pace samochodu, tylko że jego kierowca z jakiegoś powodu po wczytaniu znajduje się kilometr dalej i musimy czekać kilka minut, aż usiądzie za kierownicą.Ale nawet wspominając te nieudane sekwencje trudno mi uciec od tego, jak bardzo wciągnął mnie Far Cry 5. Bardziej niż jakakolwiek wcześniejsza gra w tej serii. W końcu wszystko to, o czym mówili ludzie przez lata, ułożyło się w satysfakcjonującą całość. To pierwsza z tych gier, do której chciało mi się wracać następnego dnia, która nie nużyła mnie po kilkunastu godzinach.W Far Cry’u 5 w końcu chciało mi się wykonywać kolejne zadania poboczne, zwiedzać mapę, rozmawiać z poszczególnymi postaciami. Momentami gra Ubisoftu zbliża się niezwykle blisko do open-worldowego geniuszu gier Rockstara. Jest mnóstwo ekscentrycznych bohaterów, zróżnicowane zadania, wszędzie coś do zrobienia, a prawie każda z tych rzeczy daje frajdę.