Depresyjność miejsca pogłębiają pozostałości po mieszkańcach. Domy wyglądają, jakby dopiero co ktoś w nich mieszkał. Stoły nakryte do obiadu, zabawki porozrzucane po podłodze, jakieś listy, fragmenty pamiętników w ciągle działających komputerach. Co więcej, w wielu miejscach walają się ciała, których ani pierwsza fala ocalałych, ani druga, nie pochowały. Nie wyobrażam sobie przemierzania tego świata w pojedynkę– to musiałoby być najbardziej dobijające doświadczenie w historii gier wideo. Świadomość, że nigdy nikogo nie spotkam, jest dobijająca. Nawet zaprzyjaźnionego psa. Czułabym się jak bohater „Jestem legendą”.A jednak Fallout 76 nie sprawdza się jako gra o surviwalu i życiu w ciężkich warunkach. Daleko jej do Don't Starve, ponieważ cała sztuka sprowadza się do żarcia i picia wszystkiego, co się pod rękę nawinie. Dostajemy pokaźną liczbę dań do ugotowania, ale receptury nie są skomplikowane. Ewentualne napromieniowanie zbijamy za pomocą Anty Radów, których jest pełno. Wszystkie mniej lub bardziej wydumane choroby usuwa jeden lek o wdzięcznej nazwie: lek na chorobę. Jedna pigułka załatwi tasiemca, grypę i zwichnięty bark – trochę im zazdroszczę. A stacje do naprawiania broni i prowizoryczne kuchenki znajdujemy w najmniejszej nawet chatce na odludziu.Jeśli zaś chodzi o zagrożenia ze strony fauny i flory, to mam wrażenie, że te wszystkie potwory są jeszcze na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Całe wieki zajmie im dorośnięcie do poziomu, który osiągną w późniejszych częściach serii. W końcu mamy rok 2102, raptem 25 lat po wielkiej wojnie nuklearnej. Szpony śmierci mają jeszcze małe pazurki, a supermutanty groźnie potrafią tylko ryczeć. Jeśli zaatakuje mnie potwór o 20 poziomów mocniejszy, to co najwyżej użyję stimpaka. Gorzej jest z hordami, te potrafią napsuć krwi, albo kiedy różnica poziomów wynosi 40 (Radscorpion na 60 kontra trójka ludzi na 20 – nie daliśmy rady). W efekcie lekki dreszczyk emocji wzbudza zapędzanie się na nowe tereny, do których nie prowadzi żadna misja. Tylko wtedy jest szansa na jakieś wyzwanie.Z tymi poziomami to w ogóle jest zabawnie (dosłownie: hahaha!). Bethesda chciała zrobić po swojemu, bo niby czemu miałaby sięgnąć po mechanikę sprawdzoną w przypadku tylu MMO (w końcu to nie Massive Multiplayer Game, a 24 Player Game)? Nie napotkamy podziału na strefy dostosowane do poziomu graczy, przez które prowadzi główna misja. Zamiast tego doświadczamy efektu skalowania poziomów z lekką nutą dekadencji. Jeśli przed trójką 30-poziomowych graczy przebiegnie jakiś mocarz na 60, wszystkie potwory dostosują się do niego i, dopóki nikt ich nie zabije, takie pozostaną. Albo i nie. Albo przemieszają się z tymi słabszymi.A odradzanie się – to jest dopiero loteria. Bywały sytuacje, gdy po padnięciu szefa gnaliśmy na wyścigi, kto pierwszy, bo ciała takich rzadkich jednostek znikają po kilku sekundach. Do dziś nie odgadłam mechaniki respawna. Podejrzewam, że po prostu miało być śmiesznie.Jako RPG Fallout 76 nie daje podstawowych narzędzi do wcielania się w jakiekolwiek role. Jest zupełnie jak sesja leniwego Mistrza Gry, któremu nie chciało się przygotować nic poza mapą i potworami. Liczył on na to, że przygoda poprowadzi się sama, pojedzie na pomysłach graczy. Problem polega na tym, że ci, którzy chcą ją rozwinąć, nie dostali odpowiednich narzędzi. Zaś cała reszta to nędzne trolle.Bugi wciąż w wielu miejscach czynią Fallouta niegrywalnym. Zadanie z egzaminem na sprawność fizyczną Ratowników rozpoczęliśmy w miejscu, w którym trzeba było szybko przebiec przez miasto. Biegaliśmy w tę i z powrotem przez godzinę, próbując uruchomić licznik czasu. Okazało się, że mimo iż znacznik misji prowadził do miejsca startu, uruchomienie zadania następowało w zupełnie innym miejscu. Typowe są też sytuacje, w których misja każe nam zebrać określoną liczbę surowców, ale te, które już mamy w ekwipunku, nie są liczone. Również fakt, że pozbyliśmy się wrogów w jakiejś lokacji nie zalicza nam zadania wstecz.Kiedy sprawdziłam narzędzia do budowania, zatęskniłam do Fallouta 4. Myślałam, że nie da się tęsknić do czegoś tak kiepskiego, ale oto Bethesda pokazała mi nowy wymiar nudy. Ale nie poddałam się. Wspomniałam gdzieś, że jestem fanem serii, grałam we wszystkie części, w tym w planszową adaptację. Bardzo chciałam uprzyjemnić sobie rozgrywkę, a ponieważ jestem osobą, która walczy z nudą poprzez wymyślanie swoich własnych celów, postanowiłam zebrać wszystkie możliwe miśki i zrobić muzeum post-apokaliptycznego pluszu. Niestety, okazało się, że na półkach nic nie można postawić. Żadnej rzeczy, którą znajdziemy w Zachodniej Wirginii. To było naprawdę bardzo smutne.I niestety nie udało się obejść problemu braku NPC. Ucierpiało na tym wszystko – konstrukcja świata, linia fabularna, motywacja głównego bohatera, klimat wszelkich lokacji.