W tym wszystkim próbuje odnaleźć się Expeditions: Viking od studia Logic Artists, twórców ciepło przyjętej Expeditions: Conquistador. I nawet mu to wychodzi, choć nie obyło się bez kilku, dość nieprzyjemnych, potknięć.Początek przygody jest prosty jak konstrukcja wikińskiego topora. Nasz ojciec, wasal aktualnego króla, wybrał się podbić Wyspy Brytyjskie i z tej wyprawy już nie wrócił. Teraz na naszych barkach spoczywa odpowiedzialność za rozwój osady i bezpieczeństwo jej mieszkańców. Zadanie to niełatwe, bo na naszą wioskę mają chrapkę pozostali wasale, którzy dodatkowo kwestionują naszą pozycję; a nam brakuje pieniędzy niemal na wszystko.Dlatego mamy rok, żeby podnieść nasze włości z kolan i stać się znaczącą siłą w tym brutalnym świecie. A skoro po całym kraju krążą pogłoski o niezliczonych (i niechronionych) bogactwach na zachodzie, pozostaje nam pójść w ślady ojca i zmontować ekspedycję. Prosta fabuła jednak nie przeszkadza, a po pierwszych zadaniach, gdzie musimy zbudować łódź i skompletować załogę, wszystko wyglądało bardzo ciekawie.Podobnie ciekawie wyglądało lądowanie w Nortumbrii i wizyta w pierwszej wiosce rybackiej (oczywiście z obowiązkowym kościołem na klifie). Jej mieszkańcy mieli już styczność z wikingami, więc podchodzili do mnie i mojej ekipy nieufnie, ale nie atakowali od razu… W odróżnieniu od mojej drużyny, która natychmiast rzuciła się łupić te legendarne bogactwa. I powiem wam, że było to świetne uczucie, a ja czułem się jak Ragnar Lodbrok, prowadzący swoich ludzi do boju czy to w serialowych „Wikingach”, czy starych duńskich sagach.Niestety początkowy zachwyt zostaje przyhamowany przez dalszy rozwój historii. Bardzo szybko okazuje się, że z tego łupienia tak naprawdę nici, bo szybko zostajemy wplątani w lokalne przepychanki między poszczególnymi brytyjskimi królestwami. Samo w sobie nie jest to jeszcze złe, ale sposób wykonania to pójście po linii najmniejszego oporu. Biegamy zatem od jednego zleceniodawcy do drugiego, wykonując polegające na tym samym, słabo rozbudowane questy. Idź do lasu/jaskini/ruin i zabij tych, którzy tam siedzą. A potem do mnie wróć to dostaniesz nagrodę i kolejny quest, w którym pójdziesz do lasu… Szkoda, bo twórcy obiecywali grę bardzo nastawioną na ciekawą fabułę, a tymczasem dostaliśmy typową „kurierkę”. Nawet motyw naszego ojca urywa się nagle i w zasadzie nic z tego nie wynika.Trzeba jednak oddać ludziom z Logic Artists, że te nudne zadania są kapitalnie napisane. Voiceactingu w Expeditions: Viking nie uświadczymy zbyt wiele, ale wszystkie dialogi, opisy zadań czy nawet komentarze rzucane przez naszych towarzyszy są przemyślane, ciekawe i przede wszystkim – przyjemne do czytania. Nie ma tutaj przypadłości, na którą cierpi wiele RPG-ów, czyli ściany tekstu ze zdaniami tak wielokrotnie złożonymi, że w połowie musimy wracać do początku, bo zgubiliśmy wątek.Równie fajne jest to, że niemal każda nasza decyzja ma swoje konsekwencje. Zamiast ślepo szarżować na przeciwnika, decydujemy się urządzić zasadzkę? Spodoba się to naszym przebiegłym towarzyszom, ale ci honorowi nie będą zadowoleni. Kiedy jakiś dzieciak zapyta nas o naszych bogów i zaczniemy opowiadać mu o Thorze, ucieszymy tym religijnych członków drużyny, za to stracimy w oczach sceptyków. Podobnie jest z frakcjami. Jeśli pomożemy Piktom, zostaniemy znienawidzeni przez Nortumbrię, a splądrowanie klasztoru leżącego na ziemiach tej drugiej spowoduje, że przestaniemy być tam mile widzianym gościem.Problem jednak w tym, że choć założenia systemu były świetne, jego wykonanie zostawia sporo do życzenia. Nasi towarzysze mogą nas nienawidzić i nie zgadzać się z nami na każdym kroku, ale poza minusami do statystyk, nic z tego nie wynika. Nikt od nas nie odejdzie, nikt nie będzie próbował zająć naszego miejsca. Z kolei w stolicy Nortumbrii, gdzie zostałem uznany za wroga numer jeden, mogłem swobodnie chodzić po ulicach, a jedyną oznaką tego, że nie jestem tam mile widziany był fakt, że kowal nie chciał ze mną handlować. Tak samo, gdy trafiłem do więzienia (w ramach fabuły, nie ze względu na stosunki) i potem z niego uciekłem, zabijając przy tym z 10 strażników, wyszedłem z miasta nie niepokojony.