Enter the Gungeon wymaga od gracza wiele. To niewybaczający błędów mariaż roguelike ze strzelanką w najwredniejszym z możliwych wydań, bo z diabelnie wysokim poziomem trudności. Ekran podsumowujący śmierć widzi się tutaj częściej niż napis “You Died” w Dark Soulsach. I chyba dlatego całość mi się tak podoba.Z początku dostępne są 4 podstawowe postacie. Niby każda wyróżnia się nieco na tle innych, jednak tak naprawdę te różnice szybko się zacierają. Bo niższe ceny broni u sprzedawców w lochach - zaleta Pilota - czy dodatkowe przedmioty, które mogą pojawić się po oczyszczeniu terenu - a tutaj już Łowczyni i jej wierny pies - nie wpływają na rozgrywkę w takim stopniu, żeby mówić o zupełnie innym odczuciu ze spędzania kolejnych minut przed ekranem. I tak kończy się na tym, że wchodzimy do labiryntu podziemi trzymając w rękach naszą zaufaną, wierną spluwę.Przy broni zresztą trzeba się zatrzymać, bo nie widziałem jeszcze tytułu, w którym ta byłaby tak ważnym elementem całości. Zazwyczaj bowiem to ona służy nam do zabijania, a w Enter the Gungeon także walczymy przeciwko niej. Nie da się tego inaczej napisać, skoro większość przeciwników to wariacje na temat amunicji - niewinne malutkie naboje, kapsuły ze śrutem, które, zgadliście!, strzelają z dwururek, i profesjonalne pociski od karabinów wyborowych, próbujących ściągnąć wroga ze snajperki. Co ważne, bestiariusz jest naprawdę ciekawy i różnorodny, a dalej jest tylko lepiej. W końcu przychodzi taka pora, gdy za plecami zostaje tylko trup na trupie, a jedyna droga wiedzie do komnaty z bossem poziomu. I wtedy dopiero się zaczyna...Intensywność - w tym słowie zamyka się cała rozgrywka. Jeśli walczymy z końcowym potworem na piętrze, możemy spodziewać się świetnie zaprojektowanej walki, gdzie jednocześnie trzeba unikać trucizny, rakiet, pocisków, a do tego jeszcze nie można zapomnieć o zadawaniu obrażeń, bo przecież ten horror nigdy się nie skończy.Zabijanie szeregowych mieszkańców lochów to też nie taka bułka z masłem, bo nawet jeśli potyczka 1 na 1 jest prosta, to zło chadza grupkami. Nieprzypadkowo przywołałem na początku serię Souls, bo i tam i tu najważniejsze jest nauczenie się przeciwników, żeby wiedzieć kiedy zrobić unik, a kiedy wysłać rakietę prosto w pysk naszemu zagrożeniu.Czasami jednak ma się wrażenie, że gra ta została stworzona dla stereotypowego Japończyka. Takiego, co to siedzi w salonie arcade i albo wyciąga kosmiczne wyniki w kolejnej iteracji Dance Dance Revolution albo przechodzi bez zadyszki najwredniejsze strzelaniny. Pocisków - zarówno w rozumieniu “przeciwników” jak i “kul lecących w naszą stronę” - bywa tak wiele, że czasami po prostu niemożliwe jest wyjście z opresji bez szwanku. Widać to szczególnie w przypadku bossów, którzy mają do tego niesamowicie dużo energii. Jeśli więc nie znajdziesz fajnej pukawki w jednej ze skrzyń ze skarbami, możesz już uruchamiać grę od nowa, bo szansa na pokonanie głównego złego jest naprawdę mała. Dobrze chociaż, że podziemia za każdym razem wyglądają zupełnie inaczej, więc zawsze jest szansa, ze następnym razem wkroczymy do ostatniej komnaty z granatnikiem albo dobrym karabinem.