Ej, a graliście w... Burnout Paradise?

Ej, a graliście w... Burnout Paradise?
marcindmjqtx

31.07.2015 14:21, aktual.: 15.01.2016 15:36

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Gdy słyszę narzekania na otwartość świata w tej grze, chowam twarz w dłoniach. Toż to jeden z najlepszych tytułów do grania w sieci, z jakimi się spotkałem.

I - w moim wypadku - praktycznie tylko do grania w sieci. Ba, do spółki z Rainbow Six Vegas, to chyba właśnie Paradise było w czasach Xboksa 360 najmocniejszym argumentem do zmiany łącza na lepsze. Czuć było, że idą nowe czasy. To w tych grach poznałem wielu zajawkowiczów, którzy dziś w ten czy inny sposób kształtują naszą branżę w Polsce.

Nie było takiego filmu, nie było takiego meczu, ba, nie było takiego egzaminu, który mógłby sprawić, że wieczorem nie założę obciachowego headsetu od trzystasześćdziesiątki, by razem z kumplami z sieci ścigać się, demolować reklamowe billboardy i odstawiać chore akrobacje kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Pamiętacie kamieniołom? PAMIĘTACIE!?

mat. prom.

W singla prawie nie grałem. Był nudnawy, ale czasem musiałem poświęcić mu trochę uwagi, by odblokować lepsze wózki do multi. Wolałbym, żeby tego trybu w ogóle nie było, bo wtedy nikt nie miałby wątpliwości, że Paradise zostało stworzone do zabawy z innymi. Mogę sobie wyobrazić kogoś, kto odpalił grę, pojeździł sam, ziewnął, wyłączył i dał 0 na Metacritic. Ale prawdziwego oblicza Burnout Paradise to on naprawdę nie zobaczył.

Najlepszym elementem multiplayera były bez wątpienia grupowe wyzwania. Dlaczego przez tyle lat nikt ich nie podrobił?! Gdzie ta branża ma oczy? Przecież to genialny pomysł, by kazać grupie dojechać w jakieś miejsce, a potem nakazać jej machnąć określoną liczbę salt, beczek, driftów i innego chleba powszedniego w Burnoutach.

Burnout Paradise

Żeby nie było, że to sztuka dla sztuki - zadania bywały naprawdę trudne. Często trzeba było się napocić, a nawet nieco pokombinować, by wymyślić jak najechać na rampę, by obróciła wóz zgodnie z zaleceniem. Nie wystarczyło wprasowanie gazu w podłogę, a gdy coś wymaga skilla, sukces przynosi nielichą satysfakcję.

Remigiusz Nowakowski (dziś pracuje nad Hard West w warszawskim Creative Forge) pisał w naszej recenzji:

Począwszy od wyznaczenia miejsca, w którym spotkać się mają wszyscy grający, poprzez konkretne akrobacje aż po polecenia typu "zaliczcie 2000 jardów jazdy pod prąd na autostradzie - musicie to zrobić jednocześnie” albo "wykonajcie 10 razy podwójną beczkę skacząc z rampy na Krawędzi Umarlaka - wszyscy gracze muszą wziąć udział”. Moim zdaniem - genialne. To najprzyjemniejszy rodzaj gry kooperacyjnej z jakim się ostatnio spotkałem. Frajda rośnie, gdy to samo wyzwanie próbuje zaliczyć siedmiu innych szaleńców i nikt nie myśli o ustępowaniu komuś miejsca. Paradise dawało mnóstwo okazji do przyjacielskich rozrób, które mogły - i często to robiły - przerodzić się w pościgi przez całe miasto. Byle dorwać cwaniaka, wyrównać rachunki rozsmarowując go na ścianie i wrócić do kooperacyjnej zabawy. Jak na polskim weselu, gdy czasem trzeba dać sobie po razie, by później trzasnąć brudzia.

Bywały momenty, gdy ktoś nie dawał rady i grupa musiała na niego czekać. Część zostawała, by dopingować i pomagać - np. wyznaczając optymalny tor najazdu. Inni rozjeżdżali się po Paradise City, by organizować sobie improwizowane zawody, czekając aż host ustawi następne wyzwanie.

Burnout Paradise

Gigantyczne skocznie, karkołomne ewolucje i banda uzbrojonych w headsety znajomych, niemająca nic przeciwko żartobliwemu zezłomowaniu kumpla czy zepchnięciu go w przepaść - tak wyglądały jedne z najbardziej szalonych i najlepszych wieczorów, jakie spędziłem przy konsoli. Czekam, aż na rynku pojawią się wyścigi, które skupią się właśnie na takiej zabawie.

Choć na pewno nie będzie to już to samo.

Najczęstszą ofiarą "przypadkowych" złomowań na ulicach Paradise City był znany z PSX Extreme i Polygamii Sentinel. Wszyscy brali go na cel, bo jako jeden z niewielu miał podpiętą do Xboksa kamerkę. Ta z kolei przy każdym złomowaniu robiła posiadaczowi zdjęcie. O rany, ileśmy mu ich wtedy napstrykali. Ale Senti nie obrażał się i bawił się dalej, choć czasem przemycił na zdjęcie ten czy inny niecenzuralny gest.

Niestety, jak wiecie, nie ma go już z nami. Dwa dni temu od śmierci Marcina minęło równe sześć lat. W tym czasie, nikt nie zaprosił mnie na równie zajawioną grami imprezę, jak pewien weekend u Sentiego, w Bolkowie. Tracę nadzieję, że ktoś go kiedyś przebije.

W sumie, to tak jak z Burnout Paradise. Niech ktoś próbuje go skopiować, zachęcam. Ale oryginał był jeden. A wielu z Was go przegapiło.

Maciej Kowalik

Ej, a graliście w..." to nasz wakacyjny cykl, w którym będziemy blogować o grach, o których chcemy Wam coś opowiedzieć. Mogą być stare, mogą być nowe, mogą być świetne, a mogą okazywać się też crapami. Grunt, że zmusiły nas do podzielenia się z Wami historyjką.

A może i Was zachęcą do podobnych opowiastek? Śmiało. Ślijcie je na kontakt@polygamia.pl Może trafią na stronę.

Obraz
Źródło artykułu:Polygamia.pl
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)