Earthfall – recenzja. Czekając na Left 4 Dead 3

Strona głównaEarthfall – recenzja. Czekając na Left 4 Dead 3
19.07.2018 08:30
Earthfall – recenzja. Czekając na Left 4 Dead 3
Krzysztof Kempski
Krzysztof Kempski

Uwaga! Produkt testowano na niebędących już ludźmi organizmach.

Patrząc z perspektywy czasu, Left 4 Dead to przy wielu shooterach gra wręcz prostacka pod względem mechaniki. Pomimo tego, że na pierwszy rzut oka wręcz odstraszała, okazała się produkcją dla gatunku przełomową. Wystarczył prosty pomysł – zarzucić gracza taką ilością przeciwników, by naszym celem nie było wybicie wszystkiego co się rusza, a po prostu wyrąbanie sobie przejścia z punktu A do B w śmiercionośnym tłumie. To wszystko, wsparte jeszcze subtelnościami pokroju próbującego pokrzyżować nasze plany AI Directora i formuła kilku krótkich kampanii do zaliczenia za jednym podejściem wystarczyły, by świetnie bawić się ze znajomymi przez długie godziny.

Platformy: PC, PS4, Xbox One

Producent: Holospark

Wydawca: Holospark

Data premiery: 13.07.2018

Wersja PL: Nie

Wymagania sprzętowe: Windows 7, Intel Core i5-4430, 8 GB RAM, NVIDIA GTX 750 2GB, 20 GB HDD, Połączenie Internetowe

Grę do recenzji dostarczył wydawca. Graliśmy na PC. Zdjęcia pochodzą od redakcji.

Chociaż pierwszy Left był genialny, już po roku musiał ustąpić miejsca dwójce. Dokładającej do pomysłowej formuły jeszcze lepsze kampanie, ale przede wszystkim steamowy warsztat, który ostatecznie na co najmniej dekadę wybił twórcom kontynuację z głowy. Czym innym mogłaby się okazać, jak nie zbiorem nowych misji? Te natomiast, lepsze nieraz od oryginalnych, zaczęli na potęgę produkować fani. Nagle okazało się, że kolejna część serii nie jest już potrzebna, ponieważ rozwiązanie to zapewniło dwójce wiele lat życia.

Turtle Rock poszukiwało więc nowej drogi i całkowicie poświęciło się nieudanemu Evolve, co nie oznacza, że nikt nie inny nie próbował w tym czasie zrobić własnego Lefta. W naszej pamięci utkwiły jednak głównie produkcje oferujące nowe, nieobecne w oryginale rozwiązania. Do dziś pamiętam też o PayDay z jego niesamowitą mechaniką napadów. No i modem, w którym gracze zamieniali się w liliputy próbujące wytworzyć amfetaminę w fabryce koksu. I poświęcam tyle miejsca na oba te elementy z prostego powodu – to ich obecność będzie decydująca dla sukcesu gry studia Holospark. Spieszę donieść, że niestety jednego z nich brakuje...Już pierwsze kilka pocisków posłanych w stronę przeciwnika zdradza, że twórcy całkiem dokładnie przeanalizowali mechanikę swojego największego antenata kulturowego. Samo strzelanie, lekko zaznaczony odrzut czy sposób poruszania się postaci ściągnięto niemal żywcem z dzieła Turtle Rock Studios. Znów miałem na twarzy wielkiego banana, odkrywając, że nie zapomniano nawet o złożonym z pistoletów akimbo. Wszelkie granaty, miny przyciągające uwagę wrogów, strzykawki z adrenaliną – w zasadzie każdy gadżet czy broń ma swojego odpowiednika we wspomnianej już grze o zombie.Jasne, zombiaki zastąpiono tu kosmitami, nie zdecydowano się jednak znacząco naruszyć balansu rozgrywki. Pomimo nowych modeli kreatur, z łatwością znajdziemy tu odpowiednika tanka, plujki czy wiedźmy. W zasadzie tutejsi wrogowie nie wyróżniają się też jakoś szczególnie pod kątem wizualnym. Ot, potwory jakich w grach wiele, a nie wizualne cudeńka wprost z Enemy Unknown. Co, nawiasem mówiąc, mogłoby tu ze względu na klimat małych miasteczek w USA idealnie pasować. Me serce skradły jedynie przypominające krzyżówkę psa i dinozaura Whiplash. Podbiega toto do gracza machając ogonem, chwyta go w pysk i ucieka z nim w ustronne miejsce, niczym mój Frodo z piłką.

Czytając dwa poprzednie akapity zapewne pomyśleliście, że się czepiam. Że to wszystko jakieś takie mało oryginalne i tak dalej...Ja tymczasem jestem szczęśliwy, bo po co ingerować w już fantastycznie wykonane elementy. Jak jeszcze można poprawić świetnego AI Directora, jeżeli nie próbować mu najzwyczajniej w świecie dorównać? Earthfall zamiast poprawiać to co dobre, próbuje dorzucić do znanej formuły odrobinę własnej tożsamości...Przed premierą grę reklamowano przez pryzmat drukarek 3D, jakie wykorzystać możemy do stworzenia sobie broni w czasie kampanii. Nie liczcie na nic widowiskowego. Pukawki do stworzenia wybieramy zwykle z listy 2-3 dostępnych na danej maszynie, dwa kliknięcia i mamy. To tak naprawdę dodatkowy zasobnik z nieograniczoną bronią, do którego czasami warto się cofnąć. Ciekawsza jest jednak jego aktywacja, bo wymaga zwykle uruchomienia zasilania. Czynność ta zmusza nas natomiast do starcia z mini hordą. Lepiej iść dalej z pistolecikiem czy ryzykować pojawianie się tanka, ale zyskać niewyczerpane źródło dobrego uzbrojenia? Taki dylemat będzie wam towarzyszył już od drugiego (z czterech dostępnych) poziomu trudności, albowiem gra dość często potrafi dać graczom w kość.W walce wspomagać nas będą też rozstawiane wieżyczki czy osłony balistyczne, przypominające nieco płotki z Metal Gear Survive. Krótko mówiąc, przejdą przez nie nasze kule, ale szpony przeciwnika będą już potrzebowały trochę czasu na zdewastowanie zapory. Na papierze nie jest to może powalający dodatek, fajnie jednak czasem złapać w czasie bitwy chwilę wytchnienia i odgrodzić się przed przeciwnikiem w jakimś garażu, by np. podleczyć bohaterów.Wąskim gardłem Earthfalla jest niestety dostępna zawartość. Gra to obecnie dwie składające się z pięciu misji kampanie, których jednorazowe zaliczenie to na standardowym poziomie łącznie około 6 godzin. Oczywiście z dobrymi znajomymi czas ten można spokojnie pomnożyć razy kilka, bo przecież główny cel zabawy to właśnie wspólne mierzenie się raz po raz z niemożliwymi na pierwszy rzut oka poziomami trudności. Problem polega jednak na tym, że nie znajdziecie tu aż tak wyrazistych motywów jak bagna, tankowanie wozu w centrum handlowym czy koncert rockowy. Chociaż obie kampanie teoretycznie jakoś tam łączą się fabularnie, zapamiętuje się z nich tylko tyle, że jedna jest zimowa, druga zaś letnia. No dobra, po zastanowieniu mam przed oczami całkiem niezłą przeprawę przez most i naprawę wozu w warsztacie.

Chwilę później odkryjecie natomiast, że owe 10 plansz to na razie wszystko, co gra oferuje. Nie pokuszono się niestety o skopiowanie trybu hordy, który pozwalał w skórze zombie gnębić innych graczy czy choćby sztampowego survivalu. Co gorsza odkryjecie także, że edytor poziomów (jeszcze?) nie istnieje i choć twórcy obiecują kolejne darmowe plansze, grze przyda się nie wydany za parę miesięcy dodatek, ale lawina zawartości. Inaczej za jakiś czas nie będzie już komu w to grać. Nawet teraz wyszukanie sesji nie jest błyskawiczne...Earthfall jest więc ładne, klimatyczne i przyjemne. To jednak trochę za mało, by odnaleźć się na rynku, na którym są już tak mocni gracze jak L4D, PayDay czy choćby Vermintinde 2. Produkcja ma szansę być czymś fajnym, bo jak to potencjalne Battle Royale od Rockstara, nie opiera się wyłącznie na kopiowaniu sprawdzonych już rozwiązań. Potrzeba jej jednak dynamicznego rozwoju oraz (przede wszystkim) otwarcia się na społeczność, dopóki takowa jeszcze jest.Bo chociaż Turtle Rock zrobiło dekadę temu aż cztery fajne kampanie, wcale nie one zadecydowały o sukcesie pierwowzoru. Po latach dużo bardziej pamiętam... obronę Minas Tirith. Plebejską, zerżniętą z „Władcy Pierścieni” mapkę, która paradoksalnie dała mi i znajomym bardzo dużo radości. Raz po raz próbowaliśmy dokonać niemożliwego, przez tydzień spotykając się wieczorami na Skypie i próbując przebić się choć odrobinę dalej. Kiedy wreszcie osiągnęliśmy cel, jeden z nas znalazł klona City 17. I tak to leciało.

Raz zebraliśmy się przed monitorami specjalnie po to, by postrzelać do podobizny... Shreka, innym razem natrafialiśmy na scenariusze tak dopracowane, że sami autorzy gry mogliby się od ich autorów sporo nauczyć. Za tym właśnie zatęskniłem, sięgając po Earthfalla i za tym tęsknię nadal, pobierając właśnie oryginał. Niewykluczone, że w bliższej bądź dalszej przyszłości również recenzowana tutaj produkcja nam to zapewni. Na razie jest to jednak tylko szkielet świetnej gry, a uważam, że podbijanie ocen za potencjał to zabieg szkodliwy.Przypadek rozwijającego się pod wpływem krytyki No Man’s Sky pokazuje, że uwagi mobilizują dużo bardziej niż pochwały. Kochane Holospark, nieźle się spisaliście, ale teraz bierzcie się do roboty. Bo niedługo okaże się, że natrudziliście się na marne.

Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (1)