Dragon's Crown - recenzja

Strona głównaDragon's Crown - recenzja
04.10.2013 19:00
Dragon's Crown - recenzja
marcindmjqtx
marcindmjqtx

Wyobraźcie sobie połączenie Diablo i Knights of the Round. Już? Właśnie pomyśleliście o Dragon's Crown.

Ocena: 4/5 "Dragon's Crown może trafić w gusta nie tylko fanów Diablo, ale i - a może przede wszystkim - osób tęskniących za Knights of the Round, Golden Axe czy Guardian Heroes."

Do nadmorskiego automatu z Knight of the Round wrzuciłem morze monet i ostatecznie wraz z dwójką kolegów udało nam się je przejść w blasku sławy bijącej na cały odrapany barak. Choć w historii chodzonych bijatyk wyraźniej zapisały się Cadillacs & Dinosaurs czy Golden Axe, to właśnie KotR przypomniało mi Dragon's Crown - tu też w klimacie fantasy chodzimy i wymachujemy orężem z częstotliwością 2 razy na sekundę.

Drugie skojarzenie to Diablo. Chodzi bowiem o loot. Dużo lootu. W zasadzie tony lootu. A także zdobywanie kolejnych poziomów i przechodzenie gry raz za razem. A gdy do tej kombinacji dołożymy charakterystyczny dla Vanillaware wysmakowany styl, to można rozsiąść się w fotelu i na dobre zapomnieć o bożym świecie.

Impresjonista-erotoman Przy okazji Odin Sphere i Muramasa: Demon Blade studio Vanillaware dało się poznać jako ekipa tworząca gry z duszą. Dwuwymiarowe chodzone bijatyki poza masą zabawy oferowały niezrównaną stylistykę i oprawę A/V. Dragon's Crown również idzie tym tropem. Zachwyca wizualnie i dźwiękowo. Wszystko jest tu wysmakowane i tchnące artyzmem - od schematu mapy lokacji, do których możemy się udać, przez menusy, po wygląd lokacji i piękne, lekko animowane ilustracje przerywnikowe. Rzadko pisze się o kolorystyce w grach, ale i tutaj graficy wykonali kawał świetnej roboty, pięknie bawiąc się światłem i refleksami.

Khem, niewinna czarodziejka...

Wygląd i brzmienie Dragon's Crown mógłbym opiewać długo, gdyby nie drobny szkopuł. Właściwie słowo "drobny" nie jest na miejscu, bo mam na myśli rzecz dosłownie ogromną. Mowa o biustach, tyłkach i pozach, jakie przyjmują kobiece postaci w grze. To czystej wody przegięcie. Dead or Alive czy Soul Calibur robiły to w tandetny sposób, tymczasem w Dragon's Crown przemycono przesadzone atrybuty pod powłoką wspomnianej stylowości. Mamy więc panią magiczkę, której biust dosłownie wylewa się z kreacji, amazonkę z ogromnym tyłkiem, którym "przypadkowo" macha do ekranu w trakcie skoku, ewentualnie zakonnicę rozłożoną w wyzywającej pozycji na jednej z ilustracji. Wizerunek właściwie każdej kobiecej postaci sugeruje, że w tej krainie fantasy działa jakiś chirurg plastyczny albo wszechmocny mag, który uwydatnia dekolty magicznym zaklęciem. Nawet na małym ekraniku PS Vity widać, jak wiedźma biegnąc niemal uderza się darami natury po twarzy. Szkoda, że epatowanie mało smaczną erotyką przesłania inne wizualne walory gry.

Zawsze w prawo W przeciwieństwie do Odin Sphere i Muramasy, DC pozwala przemieszczać się na więcej niż jednym planie - niczym w klasycznych mordobitkach maszerujemy sobie wgłąb i "do" ekranu. Przygodę zaczynamy jako przedstawiciel jednej z 6 klas - wojownik, amazonka, czarodziej, elf, krasnolud i wiedźma - i jest to wybór kluczowy, bo w wybranej skórze spędzimy grę. Historia nie jest szczególnie złożona i wymaga od nas zdobycia tytułowej korony, by zabezpieczyć losy prawowitego dziedzica, ale kreuje całkiem rozbudowany świat fantasy.

Dragon's Crown

Druga opinia Nawalanka 2D z toną lootu? Świetny pomysł! Ale wyrywając DC z automatowych salonów lat 90-tych Vanillaware zapomniało o unowocześnieniu walki. Nie kręci mnie tutejszy system, w którym brakuje zakręconych, organicznych combosów. Klepanie dwóch przycisków owszem, ma swój urok - zaświadczy o tym majątek przepuszczony dawno temu w nadmorskich grajdomach - ale nie wyniesie tej gry do ekstraklasy w 2013 roku. Bywa monotonnie, bywa też nudno. To gra o grindzie i zbieraniu żelastwa bardziej, niż o walce. No i koniecznie trzeba dodać, że DC to gra dla twardzieli. Pierwsze 5 godzin to na dobrą sprawę nieco rozbuchany tutorial. [Maciej Kowalik] Ocena: 3/5

Zabawa nie odbiega od tego, co przerabialiśmy dziesiątki razy w chodzonych bijatykach. Maszerujemy zazwyczaj w prawo i okładamy nadciągające szwadrony wrogów. Niekiedy znajdziemy dodatkowy oręż - czy to rękę zdemolowanego posągu, czy kuszę. Każdy etap wieńczy boss, z którym potyczka bywa ciężka, a poznanie jego ataków to podstawa - dranie kroją dużo energii i lepiej trzymać się z daleka, gdy atakują.

Każdy z wojowników ma swoje charakterystyczne cechy i konkretną paletę ruchów. System walki nie jest zbyt skomplikowany i na dobrą sprawę korzystamy z jednego przycisku, służącego jednocześnie do zadawania ciosów, blokowania i biegu. Drugi, mocniejszy, w przypadku amazonki nie przydał mi się zupełnie, bo wprawdzie moc miał potężną, ale na dłuższą chwilę pozbawiał dziewoję dźwiganej halabardy. Jeśli doda się do tego kierunki, kombinacji robi się całkiem sporo, zaś wykonane zadania procentują dodatkowymi punktami rozwoju. Kupujemy za nie nowe zagrania, wydłużamy pasek życia itp.

Dragon's Crown szczęśliwie nie wpada w koleiny gatunku i proponuje kilka ciekawych rozwiązań. Napotykanych skrzyń i drzwi nie otwieramy sami, lecz mamy od tego człowieka - znajomego złodziejaszka, który porusza się za nami niczym cień i pomaga w tego typu brudnej robocie. W lokacjach znajdziemy również tajemnicze runy, które tworzą kombinacje ze znakami, które możemy nabyć w lokalnym sklepiku - dają nam tymczasowe buffy, ale i otwierają sekretne przejścia lub wydobywają z zamkniętej krypty latający dywan, na którym przefruniemy przez rozpadlinę. Takich urozmaicających sekwencji jest kilka. Są nawet prościutkie zadania logiczne, zazwyczaj powiązane z zadaniami pobocznymi, których w grze nie brakuje.

To wszystko brzmi fajnie, ale by dotrzeć do tych atrakcji, trzeba być cierpliwym. Twórcy bowiem popełnili kilka błędów na poziomie game designu, traktując gracza z góry. Otóż pierwsze 5-6 godzin to łatwa (za łatwa!) przebieżka po kolejnych lokacjach. Mamy z góry narzucony poziom trudności (Normal), a co gorsza, możliwość grania po sieci pojawia się dopiero po przejściu tego długiego "wstępu". I nie powiem, wynudziłem się w tym czasie potwornie.

"Prawdziwe" oblicze Dragon's Crown poznajemy dopiero później. Nagle otworem staje tryb sieciowy, a gra wreszcie zaczyna być wyzwaniem. Szukając 9 klejnotów odwiedzimy 9 różnych lokacji - wprawdzie wszystkie poznamy już wcześniej, ale teraz dojdą w nich alternatywne ścieżki prowadzące do innych bossów. Nagle niczym z rękawa posypią się misje poboczne, a my poczujemy swobodę. Nie można było tak od razu? Od tego momentu nie będziemy już w stanie przechodzić poziomów z marszu. Każdy trzeba będzie poznać, a dodatkowo solidnie dopakować wybranego herosa, zdobyć lepszy sprzęt, no i poszukać w sieci pomocników. Ci sterowani przez konsolę, których dokooptujemy do składu wskrzeszając znalezione kości, są strasznymi imbecylami. Pakują się w pułapki, wchodzą w ogień i nie potrafią unikać ataków bossów. Dobrze, że istnieje kanapowe multi, choć i tu znajdziemy ograniczenia. Vita pozwoli się połączyć z kolegami w trybie Ad Hoc, natomiast PS3 ma tryb kanapowy, ale niestety zarządzanie ekwipunkiem jest możliwe w danej chwili tylko dla jednej osoby - a spędza się tu nawet więcej czasu niż w Diablo. Dragon's Crown nie ma też opcji cross-play (użytkownicy PS3 nie zagrają z użytkownikami Vity) ani cross-buy, ma za to cross-save, czyli stan gry, który możemy przenieść między wersjami na obie konsole. Tylko po co mamy niby kupować obie?

Największy problem DC - niekiedy nie wiadomo co się dzieje

W koło Macieju Jak wspomniałem, Dragon's Crown bardzo zależy na tym, byśmy wielokrotnie przechodzili grę. Przy 9 miejscówkach nie ma innego wyjścia - nawet w ramach jednego podejścia do każdej zajrzymy przynajmniej kilka razy. Po pokonaniu ostatniego przeciwnika możemy rozpocząć przygodę na nowo (już bez tego mozolnego wstępu), naturalnie zachowując cały ekwipunek i poziom. Drugie podejście rozpoczynamy na wyższym poziomie trudności, podniesie się też level cap oraz pojawi się nowy labirynt. Vanillaware wpadło na świetny pomysł, jak zwiększyć atrakcyjność machania orężem w tych samych miejscówkach. Po skończeniu etapu możemy nie wracać do miasta, lecz kontynuować wędrówkę po losowych poziomach - każda kolejna lokacja zaliczona w ten sposób zwiększa liczbę zdobywanej gotówki, doświadczenia lub atrakcyjności znajdowanych przedmiotów. Jednocześnie rośnie ryzyko przegranej, bo nasz ekwipunek ulega zużyciu (na szczęście możemy stworzyć kilka zestawów i zmieniać je między levelami). A energię i tymczasowe bonusy do statystyk daje nam prosta, ale bardzo przyjemna gastronomiczna minigra.

Właśnie, ekwipunek. Każda broń, bransoletka czy pancerz jest oznaczona literą od E do S oraz kilkoma kilkoma statystykami. Przedmiotów jest tu zatrzęsienie i zdobywamy je otwierając skrzynie. Nie od razu wiadomo, co tak naprawdę zdobyliśmy, a nie możemy zmieniać wyposażenia w trakcie misji. Zidentyfikować fanty można dopiero później, w miasteczku. Po każdej wyprawie trafiamy więc do sklepiku i albo towar sprzedajemy, albo prosimy o identyfikację, by poznać bardziej szczegółowe parametry. Działa to nieźle, choć tak jak już wspomniałem, przy kanapowej kooperacji bywa uciążliwe.

Artworki zdobywane za wykonane zadania poboczne są przepiękne

Różnice między wersjami na obie konsole są raczej niewielkie - ekran dotykowy Vity służy do pokazywania złodziejaszkowi skrzyni do obrabowania. Na przenośniaku Sony rozmiary ekranu trochę doskwierają. Kamera często pokazuje akcję z oddalenia i wówczas widać niewiele - a zadyma bywa taka, że uderzamy na oślep i liczymy, że coś trafi, a przy okazji sami nie dostaniemy. Na PS3 jest w tym względzie lepiej. I generalnie wersja na konsolę stacjonarną jest nieco bardziej udana, choć z drugiej strony krótkie poziomy świetnie pasują do specyfiki Vity.

Werdykt Dawne chodzone bijatyki można było skończyć nawet i w pół godziny. Czy jesteście gotowi na spędzenie z Dragon's Crown przynajmniej 14, a może nawet i ponad 100 godzin, by przejść i zdobyć wszystko, co jest do zdobycia? Zmęczenie materiału pojawia się po jakimś czasie i mimo nowych zdobywanych umiejętności i zróżnicowanego wachlarza broni nie chce zniknąć. Ten typ zabawy po prostu trzeba lubić. Dragon's Crown może trafić w gusta nie tylko fanów Diablo, ale i - a może przede wszystkim - osób tęskniących za Knights of the Round, Golden Axe czy Guardian Heroes. To produkcja tego samego typu, ale wzbogacona o pomysły wzięte prosto z gatunku lochopełzaczy, które pozwalają znacząco przedłużyć zabawę.

Ocena: 4/5 - Warto (Ocenę 4 otrzymują gry, które sprawiają sporą frajdę, ale brakuje im ostatecznych szlifów.)

Marcin Kosman

  • Data premiery: 11.10.2013
  • Producent: Vanillaware
  • Wydawca: NIS America / Atlus
  • Dystrybutor: -
  • PEGI: 12

Testowane na PS Vicie i PS3.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)