Ostatecznie jednak wolałem się szkolić w staroszkolnym trybie Arcade. Wiecie, trzech bohaterów (z dość oszczędnego, ale wystarczającego wachlarza) i hopsa poważne starcie po poważnym starciu. Tak, trzech. FighterZ zmusza nas do walki w drużynach, niczym siwobrody Tekken Tag Tournament czy wspominane już Marvel vs Capcom. Postaci z ławki rezerwowych mogą wskoczyć na arenę, żeby puścić dodatkową kulkę energii, albo całkowicie zamienić tę obecnie kontrolowaną i umożliwić jej zregenerowanie części paska życia. To idealny system dla równie efektownej gry - gdy wystrzelicie oponenta w powietrze, a w górze kombosa kontynuował będzie już niebieskowłosy Vegeta, mrukniecie z zadowoleniem. Chociaż na wyższych poziomach trudności tagowanie przestaje być czadowym bonusem. Staje się jedyną strategią na ewentualne zwycięstwo. Warto pamiętać, jeśli nie przepadaliście dotychczas za tą mechaniką.Ogrywacie kampanię do ostatniej scenki, umiecie już więcej niż byle przeciętny chłystek, odblokowaliście ukrytych na początku zawodników (transformacje naszych ulubieńców z obcej mi już zupełnie serii Super). Co teraz? Odpowiedź jest jasna jak naładowana Spirit Bomb: multi. W idealnym świecie - na jednym ekranie, przed jedną konsolą, z ziomkiem lub ziomeczką o wyższej tolerancji wobec materiału źródłowego. Działa fantastycznie, po prostu. Skoro sam system ma wystarczającą głębię, rzeźnia na ekranie pozbawia słów, a całość działa jak marzenie, czego innego się spodziewaliście? Macie takiego kompana? Tęskniliście za całymi turniejami rozpisanymi na kartce z tym jednym znajomym, co zawsze wybiera najdurniejsze (a przez to trudne do konfrontacji) postaci? Przerwijcie czytanie w tym miejscu.Gorzej, jeśli, jak ja przez większość szarpania "do recenzji", zmuszeni jesteście do zabawy przez sieć. Choć to absolutnie subiektywna kwestia. W moim przypadku z kilkudziesięciu starć przyzwoicie wypadło... kilka. Reszta? Festiwal lagów, doładowywania w środku walki, zerwane połączenie. Myślałem, że spowodowane jest to zbyt gorącym przyjęciem gierki, ale przewalając się przez wszelkie fora, znalazłem garstkę osób narzekających na podobne problemy. Być może miałem aż tak ogromnego pecha.Niemniej nawet gdybym urodził się pod szczęśliwszą gwiazdą, wcale nie bawiłbym się świetnie. Ustawienie gry ze znajomymi jest wyzwaniem godnym młodszego Toma Cruise'a. Główne menu, po którym biegamy chibi-wersją wszystkich postaci, zawalone jest sfrustrowanymi użytkownikami, niepotrafiącymi zrozumieć, jak tworzy się pojedynki. W bójkach rankingowych straszą wymiatacze na takim poziomie, iż nie będziecie w stanie zrobić nic przez całą walkę. Uwierzcie mi - sieciowa infrastruktura FighterZ wymaga drastycznych zmian. Które - w co nie wątpię w ogóle - kiedyś tam nadejdą. Bandai przyrzeka, że deweloperzy nie śpią od samej premiery. Dla mnie to trochę zabawne, bo w ramach "odskoczni" serwowałem sobie podobnie nieintuicyjne Monster Hunter World. Nauczyłem się w końcu obu, ale w Dragon Balla nadal nie miałem szczęścia zagrać z żadnym znajomym. To już nie ten wiek, że będziemy wisieć na telefonie, żeby wybrać dokładnie to samo lobby.Celowałem w tekst krótszy, mniej "wyliczankowy". Bo tak dodawałbym wzmianki o dwóch wersjach dubbingowych do wyboru (przepraszam, ale mam słabość do anglojęzycznego Vegety, nawet przy możliwości przełączenia na Japończyków), narzekałbym na brak wielu niezbędnych w moich oczach herosów (gdzie są wymiatacze z filmów kinowych?!), napisał, że mała liczba aren nie przeszkadza przy takiej oprawie, wyśmiałbym dziwny kształt rostera, jak gdyby przypadkowo zwiastujący DLC, ale pochwaliłbym brak opcji wykładania prawdziwych pieniędzy na "kapsułki" z bonusami. Że co? Że zrobiłem to teraz? Cóż, taki był plan. Przepraszam!Dragon Ball FighterZ to niesamowite zaskoczenie. Idealna "anime-tyka" na split-screena i wizualny szczyt, na który Naruto, Bleach i reszta One Piece'ów spoglądać będzie z zazdrością. Nie wątpię, że będzie początkiem popularnej, istotnej w gatunku serii. Jednak obecnie nie jest tak idealny, jak próbuje nam się wmówić w wielu częściach internetu. Samotny gracz przejedzie się na kampanii i będzie miał sporo kwaśnych przygód w trybie sieciowym. A tylko on czyta tę recenzję do końca, spoglądając następnie na werdykt poniżej. Trzymam jednak kciuki, że Bandai Namco naprawi kilka błędów jeszcze przed nieuniknioną kontynuacją. A kontynuacją zryje mi mózg już doszczętnie.