Zanim w przepełnionej sali kinowej popełnicie ten sam błąd, z jakim pospieszyłem się ja, a Cumberbatcha nazwiecie "następnym Iron Manem Marvelowskiego uniwersum", poczekajcie, aż wypadek pozbawi go czucia w rękach, a cynizm i ego powoli (choć niechętnie) wycofają się na drugi plan. Poczekajcie, aż tę historię nie będą napędzać bohaterowie, tylko - pragnę podkreślić, iż następne słowa wychodzą spod palców osoby gardzącej komputerowo wytworzonym festyniarstwem - geniusz osób odpowiedzialnych za efekty specjalne, którzy na "Incepcji" musieli od zaproszonej dziewczyny po raz pierwszy dostać skrytego buziaka. Bowiem gdy na podobną modłę tworzy się już czternasty wielki film w całej serii, by go uratować od wymieszania z resztą, potrzeba prawdziwej magii.Jeżeli na tym etapie nie macie już trochę dość historii według wzoru "geneza superbohatera", z całych sił gratuluję wytrwałości, ale zauważcie, że nawet Marvel się ich zaczyna obawiać. Stąd zakończona fiaskiem próba współpracy z Edgarem Wrightem (autorem fenomenalnego "Scotta Pilgrima") przy "Ant-Manie", stąd szybka inicjacja Spider-Mana już w trzecim "Kapitanie Ameryce". Nie każdy ma szczęście dysponować podobnym luzem, co kosmiczna ekipa Chrisa Pratta. No i za chwilę będziemy z Marvel Cinematic Universe już dziesięć lat, więc zasady należy zdecydowanie przewietrzyć. Ostatecznie zrobią to pewnie ostatni Avengersi, żegnając się z częścią naszej ukochanej watahy. Za trzy lata. Na razie zaś powinien Wam wystarczyć Stephen Strange, który udowadnia, że nawet w świecie superbohaterskim jest znacznie więcej niż zauważa oko.U podstaw, jak już wiecie, wielki fan Roberta Downeya Juniora. Ma tyle samo szacunku do otaczającej go rzeczywistości, to playboy świata neurochirurgów. Będzie równie zmobilizowany, gdy kolumny swagu opadną, nawet jeśli jego droga do empatii przebiegnie nie przez jeden, a nieskończoność światów. Scott Derrickson, którego nagła wizyta w kinie letnim była dla mnie takim zaskoczeniem, jak jakość ścieżki dźwiękowej jego "Sinistera", nie marnuje jednak czasu na wprowadzenie. Dlatego sekwencja prowadząca od luksusowego życia gwiazdy medycyny do fatalnego wypadku za kierownicą Lamborghini wygląda jak luźny klip muzyczny. Wiadomo, że bohatera polubimy za jego wady. W obliczu absolutnej czystości Kapcia Ameryki Marvel potrzebował takich dziadyg więcej.Poszukiwanie nadziei na normalną przyszłość doprowadzi w końcu Strange'a do drzwi Kamar-Taju i przed stopy Starożytnej (wiedzieliście, że Tilda Swinton potrafi biegać po ścianach?). To właśnie akt, w którym obawa o to, że zaczniecie ziewać, zepsuje nieco narrację opowieści. Kto zdecydował, iż edukacja nieuległego egocentryka będzie zbyt nudna, by pokazywać ją w całości? Zwłaszcza jeśli włodarze korporacji otworzyli właśnie swoją komiksową rzeczywistość na magię, alternatywne wymiary, manipulację czasem i przestrzenią lub obdarzoną świadomością pelerynę? Komuś należy się kilka klapsów. O ile humorystyczna kreacja Benedicta Wonga jako strażnika magicznej biblioteki jeszcze zdąży wybrzmieć (mówcie, co chcecie, o natrętnych popkulturowych nawiązaniach u Marvela, ale krótka scenka z Beyoncé to złoto), tak motywacji Mordo (Chiwetel Ejiofor) - postaci, jak rozumiem, istotnej dla przyszłości podserii - raczej nie poczujecie.