Polecę również „Esmerę” Vince’a (rysunek) i Zepa (scenariusz) (wyd. Timof Comics, tłum. Kasia S.), bo to rzadki przypadek komiksowego porno, robionego ze smakiem. Główną bohaterką tej opowieści jest tytułowa dziewczyna, która po każdym orgazmie zamienia się w przystojnego Marcella (który z kolei po orgazmie zmienia się znów w Esmerę). Dzięki temu prostemu zabiegowi twórcy zagwarantowali sobie usprawiedliwienie dla „momentów” we wszystkich możliwych konfiguracjach i rozwiązali problem rozwiązłości bohaterki/a. Na szczęście „Esmera” nie udaje, że jest czymś czym nie jest. To bezpretensjonalny, świetnie narysowany pornol, ani szczególnie wyuzdany, ani też kontrowersyjny. A że ma do tego całkiem sympatyczny scenariusz, wyemancypowaną główną bohaterkę/a, a w finale stara się nawet skomentować przemiany społeczno-obyczajowe w Europie. To tylko pomaga.A co dla miłośników superbohaterów? Moim zdaniem dwie najciekawsze obecnie serie wydaje Egmont Polska. Pierwsza to „Ms Marvel” (tłum. Anna Tatarska) według scenariuszy G. Willow Wilson, która swoją bohaterkę odmłodziła i uczyniła córką imigrantów z Pakistanu. Już słyszę nadchodzących gamergate’owców i wyłaniające się zza horyzontu transparenty o SJW, ale zanim rozpalicie stosy, spróbujcie nową „Ms Marvel” przeczytać. Wykreowana przez Wilson Kamala Khan jest przezabawna i niezwykle sympatyczna. A z jej problemami (zagubieniem w religijnej społeczności, nadopiekuńczymi rodzicami czy kłopotami z opanowaniem dojrzewającego ciała) łatwo się identyfikować. Autorzy komiksu mają też kilka ciekawych spostrzeżeń na temat dzisiejszej młodzieży i sposobu, w jaki przedstawia się ją w mediach. Owszem, „Ms Marvel” sprzedaje też morały na temat szkodliwości stereotypów i tolerancji, ale wszystkim, którym to przeszkadza, zdradzę pewien sekret… komiksy o superbohaterach zawsze sprzedawały takie morały, a dobro i tolerancja zwyciężały w nich zło i ksenofobię.Drugą wartą polecenia serią jest „Hawkeye” (tłum. Marceli Szpak) pisany przez Matta Fractiona. To nigdy nie był bohater z mojej bajki, a Fraction nigdy nie należał do moich ulubionych scenarzystów (ma na koncie np. bardzo słabe „Pięć koszmarów” o Iron Manie). Ale „Hawkeye” ma w sobie zaskakująco mało patosu i zaskakująco dużo uroku. To nie tyle opowieść o nadczłowieku ratującym świat przed kosmicznym zagrożeniem, ale skromny, oparty o dobrze napisane dialogi hołd dla sensacyjnych seriali telewizyjnych z lat 70. Hawkeye jest tu sympatycznym łotrzykiem, który łatwo ładuje się w kłopoty, ale wykaraskać się pomagają mu jego wierny łuk i kilku przyjaciół. Fajna, bezstresowa lektura, dla wszystkich, którzy zgadzają się, że opowieści o superbohaterach niekoniecznie muszą być śmiertelnie poważnie.W temacie superbohaterszczyzny wspomnę jeszcze zbiór „Hulk. Koniec i inne opowieści” (wyd. Egmont, tłum. Kamil Śmiałkowski) - ze względu na „Koniec”, a nie inne opowieści. „The End” to jeden z bardziej frapujących pomysłów, jaki kiedykolwiek narodził się w Domu Pomysłów. Seria, one-shotów (lub krótkich runów) opowiadających o końcu najbardziej ikonicznych bohaterów uniwersum. Ale, choć pomysł brzmi świetnie, z wykonaniem było różnie: zasłużoną dobrą sławą cieszą się komiksy o Punisherze i Loganie, nie udały się te o X-Menach i Fantastycznej Czwórce. Na szczęście napisany przez Petera Greena i zilustrowany przez Dale’a Keowna „Hulk. Koniec” jest świetny. Green opowiada o tułaczce Bruce’a Bannera/Hulka po postapokaliptycznej Ziemi, zamieszkałej już tylko przez Zielonego i karaluchy. Okazuje się, że nawet wojna nuklearna nie zakończyła wewnętrznego konfliktu pomiędzy Bannerem i Hulkiem, a starzejący się naukowiec ma coraz mniej sił, by przeciwstawiać się gniewowi napędzającemu drzemiącego w nim potwora. Owe „inne opowieści” zawarte w tomie to „Czas przyszły niedoskonały” i „Marvel Knights: Hulk. Transformé”. Pierwszy warto przeczytać, bo całkiem dobrze się zestarzał, ponadto poznajemy w nim Maestra, czyli Hulka-dyktatora, który po III wojnie światowej, przejął władzę nad upadłą ludzkością. Drugi jest słaby, po prostu. Bez pomysłu, źle napisany, nudny. Ale narysował go Piotr Kowalski, Nasz Człowiek w Marvelu. A to zawsze coś.