Znowu mam ten problem - w sumie to nie wiem, jak polecić Wam "Sandmana". Gdy wkraczałem w świat komiksu, "Sandman" w rozmowach pojawiał się jako komiks, który każdy znać musi. Po prostu. To kolejne z dzieł wielkiego kalibru. Nie tylko ze względu na to, że ukazywał się przez 7 lat i doczekał 75 zeszytów oraz wielu serii pobocznych, jak "Śmierć", "Furie" czy "Lucyfer". Raczej dlatego, że Neil Gaiman jest mistrzem opowiadania historii, co we wstępie do jednego z tomów przyznaje mu Stephen King. A siła "Sandmana" leży właśnie w historiach - nie w jednej, o tytułowym Władcy Snów. Morfeusz nawet nie pojawia się osobiście we wszystkich opowieściach, czasem nawet nie pojawia się jego rodzina, Nieskończonych, potężnych istot jak Los, Śmierć, Rozpacz, Pożądanie, Maligna. Neil Gaiman snuje mnóstwo historii - łączących i równoległych. Jeśli czytaliście jakąś jego książkę, znacie zamiłowanie tego pisarza do mitów, legend, podań, baśni i bajek. Daje temu wyraz także w Sadmanie. Historie snują się i mieszają ze sobą albo podążają równolegle, niczym dymy z wielu ognisk, przy których ludzie coś sobie opowiadają. Przeszłość z teraźniejszością, światy wymyślone z realnymi, postacie historyczne z mitycznymi i fikcyjnymi. Mnóstwo tu nawiązań, aluzji, ale nie jest to tylko popis umiejętności intelektualnych Gaimana - w "Sandmanie" jest główna historia, którą będziecie chcieli przeczytać do końca. Jeśli lubicie opowieści mistyczne, światy odjechane, dzikie fantazje, a wszystko to ilustrowane kreską różnych współczesnych rysowników, to świat Śnienia pochłonie Was bez reszty.