Przede wszystkim siada napięcie. To, co wcześniej przyciągało mnie do tej historii – czyli mozolnie konstruowani bohaterowie – zostaje zastąpione przez gnającą akcję. Podobnie jest z komentarzem socjologicznym. O ile wcześniej napięcia rasowe były rozgrywane zgrabnie i na bardzo osobistym poziomie (konflikt pomiędzy nową dziewczyną Toma, a jego matką wynikał zarówno z uprzedzeń rasowych, jak i osobistych), o tyle od trzeciego zeszytu postaci zaczynają mówić na ten temat otwarcie, w przyciężkawych dialogach. Źle dzieje się też na froncie horrorowym. Znika zagadka. Potwory wyskakują ze ścian. Kolejni ludzie giną przez swoją głupotę.Nie jest oczywiście tak, że ze strony na stronę komiks zmienia się w gniota. Pomimo moich zarzutów, lektura „Infidel” sprawiała mi przyjemność. Jeżeli jednak zdecydujecie się na lekturę, to nie spodziewajcie się komiksowego „Uciekaj!”. „Infidel” to raczej stary dobry „Piątek trzynastego”, tyle że bohaterowie dyskutują na inne tematy.Nie przypadł mi też do gustu pierwszy tom legendarnego cyklu „Criminal” autorstwa Eda Brubakera (scenariusz) i Seana Philipsa (rysunki) (wyd. Mucha Comics, tłum. Paulina Braiter). Być może problem tkwi we mnie. Nie wykluczam tego. Mowa bowiem o serii, która zdobyła aż sześć nagród Eisnera i dwie nagrody Harveya. Serii, którą chwalą recenzenci, a na okładce polecają Brian K. Vaughan i Warren Ellis. Ale cóż mogę poradzić z tym, że dwie, luźno powiązane ze sobą historie, zamieszczone w pierwszych dziesięciu zeszytach postrzegam jako stereotypowe, przewidywalne i płytkie.O tym, że Ed Brubaker czytał wszystkie powieści Chandlera i Hammetta wiem nie od dziś. „Criminal” jest kolejną seria dowodzącą tego, że autor ten doskonale radzi sobie w konwencji. Bohaterowie męscy są tu mrocznymi, burkliwymi profesjonalistami. Niemal zawsze noszą w sobie jakąś zadrę, ranę z przeszłości, z którą muszą sobie poradzić. Kobiety zaś to upadłe anioły – piękne i ponętne, ale jednocześnie śmiertelnie niebezpieczne, często wciągające mężczyzn w kłopoty.Bardzo sprecyzowany jest też świat przedstawiony. To wielka metropolia. Zatłoczona i skorumpowana. Rządzona przez organizacje przestępcze i przekupnych gliniarzy. Opisywana nie przez pryzmat ulic i budynków, ale tak, jak opisuje się żywe organizmy. Bo miasto w klasycznym kryminale noir tętni życiem, kusi, zwodzi, pochłania, uwodzi i zabija.Więc tak. Wszystkie elementy są na swoim miejscu. Leo, główny bohater pierwszej nowelki, zostaje wciągnięty do „ostatniej roboty”. Zgadza się wziąć w niej udział wbrew twardym zasadom rządzącym jego życiem i – przynajmniej do tej pory – ratującym go przed odsiadką. Oczywiście napad pójdzie źle, a Leo i jego przyjaciółka będą musieli się ukrywać. I dociec, kto ich wrobił.W drugiej nowelce akcja cofa się kilkadziesiąt lat wstecz, by w centrum wydarzeń ustawić Tracy Lawlessa (bohatera, o którym rozmawiają Leo i jego wspólnicy). Ten weteran wojenny powraca do Stanów i gotów jest na naprawdę wiele, by dowiedzieć się, kto stoi za śmiercią jego brata. Ale (niespodzianka!) plan Tracy’ego nie idzie tak, jak powinien, a na jego drodze stają zmory z przeszłości.Jeżeli jesteście wielkimi fanami kryminałów noir, to możecie po „Criminal” sięgać w ciemno. Brubaker to piekielnie zdolny scenarzysta, piszący świetne one-linery i konstruujący intrygę tak, by nawet najbardziej oczytani znaleźli dla siebie choć jeden zaskakujący szczegół czy zwrot. Świetnie spisuje się też partnerujący mu Philips. „Criminal” to kolejny komiks tego duetu, raz jeszcze dowodzący, że ten rysownik jak nikt czuje scenariusze Brubakera i sprawnie radzi sobie z obrazowaniem wykreowanych przez scenarzystę twardych facetów, ponętnych kobiet i mrocznych miast.Jeżeli jednak, podobnie, jak ja, przeczytaliście w życiu więcej niż dwa kryminały noir i znacie tę konwencję na pamięć, to nie spodziewajcie się po „Criminal” objawień. Brubaker i Philips zwinnie poruszają się w granicach gatunku, ale w żaden sposób go nie podważają. Nie ma tu intrygującej gry z historią kryminału. Ani postaci i motywów wykraczających poza bezpieczne ramy. Jest sprawna realizacja konserwatywnej wizji. Wiem, że wielu fanom to wystarcza, mnie jednak nieco nudzi.Z całego serca polecam zaś „Vademecum złego ojca” autorstwa Guy Delisle (wyd. Kultura Gniewu, tłum. A. Wapniarstwa). Delisle dał się do tej pory poznać przede wszystkim jako autor dzienników z podróży (do Korei Północnej, Birmy i Jerozolimy) i autor świetnego reportażu na temat porwania pracownika humanitarnego w Czeczenii. I choć Kultura Gniewu wydała też jego „Louis na plaży”, to dopiero w „Vademecum złego ojca” rysownik prezentuje całość swego komediowego talentu.Krótki, wydany w formie mangowego tomiku album to zbiór udanych anegdot na temat wychowywania dzieci. Delisle – najprawdopodobniej posiłkując się autobiograficznymi doświadczeniami – opowiada o tych wszystkich chwilach, o których zazwyczaj milczą poradniki rodzicielskie. O słabościach, złośliwościach, czerstwych ojcowskich dowcipach czy zbytnim krytykanctwie.