Omijać z daleka!Egmont proponuje również wznowienie „Dallas Barr” autorstwa scenarzysty Joego Haldemana i rysownika Marvano (tłum. M. Mosiewicz). To głośna w latach 90. seria science-fiction, bazująca luźno na powieści Haldemana „Buying Time”. A jeżeli nic o niej nie słyszeliście, to mogliście słyszeć chociaż o duecie Haldeman & Marvano, bo ich wcześniejsze dzieło - „Wieczna wojna” to jedna z najlepszych komiksowych opowieści sf, będąca przy okazji trafną metaforą wojny w Wietnamie.„Dallas Barr” bardzo daleko do mądrości „Wiecznej wojny”. To zbiór luźno powiązanych ze sobą opowiastek o tytułowym awanturniku, liczącym sobie ponad 130 lat i żyjącym w przyszłości, w której potężna korporacja Stilemana opracowała technologię pozwalającą przedłużać ludziom życie.Największy problem z „Dallas Barr” tkwi w tym, że czytanie go w 2019 roku przypomina obcowanie z komiksową skamieliną (czy też ramotką). Scenariusze Haldemana są przegadane i sztywne. Większość akcji i budowania świata przedstawionego rozgrywa się tu nie w komiksowej narracji, ale w nieprzekonujących dialogach. Bohaterowie opowiadają sobie o spiskach, opisują świat przyszłości, a nawet - niczym złoczyńcy z filmów o Bondzie - tłumaczą swoje skomplikowane motywacje.Co gorsza, komiksowi brakuje filozoficznej głębi. Zaproponowany przez Haldemana świat, w którym śmierć ze starości została praktycznie wyeliminowana, ma potencjał, by nieść interesującą opowieść o rozwarstwieniu społecznym, akumulacji dóbr czy potencjale medycyny przyszłości. Nie mówiąc już o tym, że naprawdę utalentowany artysta mógłby wycisnąć z tego intrygujący portret zmian zachodzących w mentalności człowieka pozbawionego lęku przed śmiercią. Niestety „Dallas Barr” w ogóle się tymi problemami nie zajmuje, a twórcy cyklu zadowalają się płytkimi, niespecjalnie interesującymi i nieumiejętnie poprowadzonymi historyjkami awanturniczymi.Sytuacja poprawia się nieco w późniejszych z siedmiu albumów. Ponoć z czasem Haldeman dawał Marvano coraz większy wpływ na scenariusze, dzięki czemu fabuły stały się bardziej zwarte i ciut mądrzejsze (jednym z tematów dręczących Marvano jest trauma wojenna, nic więc dziwnego, że i w „Dallas Barr” pojawia się ten temat). Nie jest jednak tak, że nagle, z zeszytu na zeszyt seria zmienia się w naprawdę dobrą. Ot, wciąż jest przeciętnie, ale postaci stają się odrobinę bardziej zniuansowane, ich perypetie ciut bardziej interesujące, a narracja dynamiczniejsza.Nie odradzam jednak zupełnie zakupu. Wciąż dobrze wypadają rysunki Marvano. To jeden z klasyków europejskiego komiksu i „Dallas Barr” jest dowodem jego talentu. Jeżeli lubicie mainstreamowy frankofoński komiks science-fiction, jego konserwatywne podejście do kadrowania, wiarygodne ujęcie technologii i realistyczne postaci, to „Dallas Barr” będzie świetnie wyglądał u boku „Wiecznej wojny”, „Yansa”, „Incala” czy „Valeriana”.Bez żadnych zastrzeżeń polecam za to „Death Save” autorstwa duńskiego artysty Rune Ryberga (wyd. Timof Comics, tłum. M. Lengren). To opowieść o dwóch nastolatkach - spokojniejszym Bassie i porywczym Ricku - którzy, niemając nic lepszego do roboty marnują czas na snuciu się po mieście, drobnych kradzieżach, unikaniu nieprzyjaznych band i graniu we flippery. Rickowi w głowie tylko awantury i przekręty, i wciąż wciąga Bassa w kłopoty. Ten jednak, choć bardzo kocha przyjaciela, staje przed szansą ułożenia sobie spokojniejszego życia.Jak możecie się domyślić z powyższego streszczenia, „Death Save” to przeznaczona dla nastoletniego czytelnika opowieść o dorastaniu. Sporo tu typowych dla gatunku rozwiązań fabularnych, ale całość poprowadzona jest na tyle sprawnie, że szybko zapomniałem o schematyczności fabuły. Zwłaszcza, że Ryberg dobrze czuje postaci i prowadzi tak, by każdy mógł odnaleźć w nich kawałek swojej młodości.O oczywistościach fabularnych i przyciężkawym morale łatwo zapomnieć także z powodu warstwy rysunkowej. Ryberg dysponuje charakterystyczną, dynamiczną kreską. Wykreowane przez niego postaci (będące upersonifikowanymi zwierzętami) wyglądają doskonale i niemal cały czas są w ruchu - a to uciekając, a to kłócąc się ze sobą, a to stojąc i gadając, ale pozostając w charakterystycznym, nastoletnim rozedrganiu.Świetnie sprawdza się w „Death Save” także wątek growy. Życie głównych bohaterów kręci się wokół salonu z flipperami, a rozgrywane partie stanowią nie tylko temat ich rozmów, ale i ważną część fabuły. A Ryberg ilustruje je tak, że klękajcie narody! Dynamicznie, z polotem, bardzo, bardzo przekonująco. Wyobraźcie sobie mecze w koszykówkę z Gigiego, wymieszane z najdramatyczniejszymi spotkaniami z Kapitana Tsubasy i umiejętnością prowadzenia narracji wprost z ping-pingowych starć bohaterów „Kinderlandu”. Tak, to wygląda aż tak dobrze i budzi aż takie emocje. Warto chociażby dla tych stron.A na koniec „Brom” Unki Odyi, czyli kolejny komiks o nastolatkach i (raczej) dla nastolatków. A jednocześnie chyba najbardziej wyczekiwany, pełnometrażowy debiut roku i pierwsza premiera świeżo założonego Wydawnictwa 23.Odya to postać dobrze znana w rodzimym światku komiksowym. Utalentowana i charyzmatyczna rysowniczka „wyżywająca” się do tej pory w krótszych formach i paskach. Autorka jednego z najbardziej popularnych stripów w polskim internecie - tego o milordzie, co to oddaje doskonały strzał do biegnącej radośnie dziewczynki.W „Bromie” nie ma już wulgarnych żartów, bo mowa o albumie, który imponuje dojrzałością. To sprawnie poprowadzona, skrojona według prawideł sztuki opowieść o przekonujących psychologicznie bohaterach. Osadzona we współczesnej Polsce i nie wstydząca się tego. Unurzana w kaszubskiej lokalności i (bliskiej memu sercu) gdańskiej rzeczywistości, odważnie sięgająca po przepuszczone przez folklor wątki fantasy.Głównymi bohaterami są tu licealiści Marysia i Brom (Bronisław, który nie lubi swego imienia). Kuzynostwo, które właśnie dowiaduje się o swoim istnieniu. A także o tym, że w otaczającym ich świecie egzystują różnego rodzaju potwory. No i jeszcze, że mama Broma jest wiedźmą. Nie pozostaje im więc nic innego, jak zmierzyć się z tą nowo odkrytą prawdą i - w ramach skromnych możliwości - zająć potworami nękającymi ich okolicę i bliskich.Najbardziej przekonują mnie w „Bromie” postaci. Odya tworzy bohaterów dalekich od stereotypów. Przekonujące istoty ludzkie, w których łatwo się odnaleźć. Świetnie wypada zwłaszcza matka-wiedźma. Udaje jej się być jednocześnie opiekuńczym rodzicem i dorosłą kobietą, szanującą niezależność nastolatka. Równie fascynująca jest nawiedzająca sny innych Bułka. Jej postępowanie jest i godne potępienia i zrozumiałe, a ona sama dostaje „najmądrzejszą” nauczkę w całym albumie. Zaś Eryk i Aleks dają nadzieję na naprawdę mądrą historię o akceptowaniu swojej odmienności.A wszystko to narysowane z godną podziwu sprawnością, kreską przywodzącą na myśl amerykański komiks obyczajowy. Estetycznie i czytelnie. Narracja prowadzona jest płynnie. Niektóre kadry zostają w pamięci. Jeżeli czegoś mi w „Bromie” brakowało to odrobiny formalnego szaleństwa, rozumiem jednak, że autorka chciała opowiedzieć tę historię tak a nie inaczej.Jedyną prawdziwą wadą „Broma” jest fakt, iż jest to pierwsza część większej całości (druga ma wyjść w 2021 roku). Album cierpi z tego powodu, bo brak mu znaczącego domknięcia, oferującego czytelnikowi poczucie satysfakcji. Zamiast większej, istotniejszej fabuły spinającej poszczególne przygody, mamy wynikające z siebie opowiadanka na tym samym poziomie emocjonalnym. Przez to dotarciu do końca towarzyszy nieznośne uczucie niedosytu i myśl: „to już?”. Pozostaje mieć nadzieję, że ten niedosyt zostanie zaspokojony, kiedy poznamy całość.PS. Jeżeli wybieracie się na Pyrkon 2019, koniecznie zahaczcie o spotkanie ze Stanem Sakai. To pochodzący z Hawajów twórca komiksowy znany przede wszystkim jako autor serii o króliczym samuraju Usagim Yojimbo. Prawdziwy klasyk, pierwsza liga światowego komiksu, a do tego - co wnioskuję przeczytawszy kilkanaście wywiadów z nim i obejrzawszy nieco jutubów - fantastyczny, otwarty na fanów człowiek. Egmont przygotował aż dwa spotkania z Sakaim (27.04 godz. 15:00, 28.04 godz. 14:00) i trzy sesje autografów.