No i zarzut najpoważniejszy: to komiks nie tyle o Berlinie i zamieszkujących go ludziach, co o upadku Republiki Weimarskiej. Bardziej przyciężkawa rozprawa historyczna niż sprawnie opowiedziana fabuła.Czemu więc wymieniam „Berlin” w tym podsumowaniu? Bo pomimo wad, to wciąż spektakularna powieść graficzna i duże osiągnięcie. Owszem, Lutesowi wiele rzeczy nie wyszło, ale wiele mu też wyszło. „Berlin” przynudza, ale jest cholernie uczciwy. Drobiazgowo ilustruje schyłek pewnej epoki i krok po kroku pokazuje, w jaki sposób Hitler doszedł do władzy. Nie jest to komiks idealny, ale kto powiedział, że każdy komiks powstający ponad dwie dekady musi być idealny? A „Berlin” z pewnością jest wystarczająco dobry.Niepojąca, wchodząca pod skórę opowieść, która z uroczej bajki o Krystynce odnajdującej szczęście u boku wyimaginowanego przyjaciela - pantery, zmienia się w traumatyzującą, wwiercającą się w pamięć opowieść o tym, jak łatwo wykorzystać zaufanie wrażliwego dziecka. Brecht Evans ubiera tę fabułę w rysunki godne najlepszych komiksów dla dzieci, co tylko usypia czujność czytelnika i sprawia, że rosnące poczucie niestosowności, staje się jeszcze bardziej niepokojące. Mocny, bardzo niewygodny komiks, o którym słusznie było głośno.Przyznaję, jestem w tej sprawie skrajnie nieobiektywny. W „Apokryfach” - zbiorze komiksowych miniatur osadzonych w steampunkowym świecie „Rewolucji” - znalazła się bowiem również nowelka do mojego scenariusza. Ale uwierzcie mi - nawet jeżeli uznamy, że mój scenariusz to najgorsza rzecz, jaka ukazała się w tym roku drukiem, to „Apokryfy” wciąż pozostają niesamowicie dobrym albumem.Mateusz Skutnik - człowiek instytucja, jeden z najważniejszych rodzimych artystów - poprosił najciekawszych (swoim zdaniem) scenarzystów, by napisali dla niego krótkie nowele osadzone w świecie „Rewolucji”. Do tego dodał swoje wcześniejsze komiksy z tego uniwersum, rozrzucone do tej pory po różnych publikacjach.Wyszedł mu album niezwykle różnorodny. Doskonale namalowany (choć to już standard u Skutnika), dający przegląd przez interesujących scenarzystów i pozwalający spojrzeć z innych perspektyw na świat jednej z najważniejszych polskich serii komiksowych.Bardzo ceniona za oceanem seria autorstwa Marjorie Liu i Sany Takedy to doskonała propozycja dla czytelników ceniących sobie komiks głównego nurtu. „Monstressa” przykuwa uwagę ciekawym światem przedstawionym mieszającym mackowate klimaty Cthulhu, klasyczne fantasy i krwawy steampunk. Cieszą też niezwykle wyraziste bohaterki i bardzo progresywne podejściem do mniejszości. I warstwa graficzna, w której komiks amerykański miesza się z mangą.Z perspektywy czytelnika, polski rynek komiksowy ma się doskonale. Wychodzi u nas tak dużo dobrych komiksów, że ciężko nadążać z ich kupowaniem i czytaniem. Jest coś dla miłośników ambitnych powieści graficznych, są prężne wydawnictwa wyspecjalizowane w mangach, świetnie radzą sobie rodzimi przedstawiciele undergroundu, jest w końcu cała masa amerykańskiego mainstreamu. I choć chciałbym w tym miejscu wyróżnić wszystkie wydawnictwa, odwalające świetną robotę, to jednak rok 2018 rok w moim odczuciu należał do Egmontu.Może się to wydać zaskakujące, bo w powyższej topce znalazł się tylko jeden komiks Egmontu, wydawnictwo to jednak imponuje mi ilością i jakością sprowadzanych tytułów. To dzięki Egmontowi czytelnicy mają możliwość zapoznania się z klasykami spod znaku Vertigo Comics. To Egmont rozbujał nasz rynek, zalewając go superbohaterską pulpą. To Egmont wznawia europejskich mistrzów i niestrudzenie przybliża głównonurtową, frankofońską fantastykę. To dzięki Egmontowi wciąż żywe są u nas komiksy Janusza Christy.I nieważne, że wiele z tych tytułów do mnie nie trafia. Wybaczam też Egmontowi wpadki redaktorskie i korektorskie. Prawda jest bowiem taka, że gdyby nie Egmont nasz komiksowy grajdołek byłby o wiele smutniejszy.Najlepszy film o superbohaterach, jaki kiedykolwiek powstał. Jeżeli doczytałeś ten artykuł do tego miejsca, to znaczy, że jakoś tam interesują cię komiksiki. Więc koniecznie zobacz ten film. Teraz. Zaraz. Dwa razy. Podziękujesz później.