Dobra kreska #22: Najlepszy komiks o superbohaterach?

Dobra kreska #22: Najlepszy komiks o superbohaterach?11.12.2018 11:54
Dobra kreska #22: Najlepszy komiks o superbohaterach?
Joanna Pamięta - Borkowska

Trochę rozczarowań, twardzi faceci i koniec świata.

Mówiąc o komiksowych nowościach ostatnich miesięcy na pewno warto zacząć od tego, iż Egmont w końcu zdecydował się sprowadzić do polski cykl „Invincible” pomysłu Roberta Kirkmana („Żywe trupy”) (tłum. A. Cieślak).Seria wydawana w Stanach Zjednoczonych przez Image - wydawnictwo stojące w kontrze do Marvela i DC Comics - doczekała się 144 numerów i przez lata nieobecności obrosła w naszym kraju legendami. Nic więc dziwnego, że czekałem na nią z niecierpliwością, spodziewając się mocnego superbohaterskiego uderzenia.Niestety, po pierwszym tomie muszę nieco ostudzić entuzjazm. Początkowych 13 zeszytów nie przynosi bowiem spodziewanego przeze mnie odświeżenia formuły, a „Invincible” zapowiada się na dość typowy, superbohaterski tasiemiec, tyle że bardziej brutalny. Kirkman jest wprawdzie świadom utartych praw gatunku i zdarza mu się z nimi igrać, ale czyni to (póki co) dość delikatnie. Np. tytułowy Invincible nie odkrywa w sobie superomocy znienacka. Nie gryzie go radioaktywny pająk, nie ukrywa się, nie zjadają go wątpliwości. Zamiast tego, będąc synem superbohatera, czeka cierpliwie, aż się one w nim przebudzą. Przyjemną odmianą jest też sensowne potraktowanie wątków obyczajowych. Takie podejście to zresztą cecha charakterystyczna komiksów Kirkmana - scenarzysty, któremu nawet z opowieści o zombie udało się zrobić krwawą telenowelę. Wiem, że wiele osób ceni sobie jego pisarstwo, ale sam nie należę do fanklubu. „Żywe trupy” bardzo szybko mnie znudziły i obawiam się, że z „Invincible” może być tak samo.Największym zaskoczeniem jest motywacja ojca głównego bohatera - stylizowanego na Supermana Omni-Mana; wszechmocnego kosmitę, postrzegającego ludzkie życie z zupełnie innej perspektywy niż my. Ten wątek wygląda interesująco, lecz nie jestem przekonany, czy wystarczy, by na dłużej przykuć mnie do serii. I póki co, nie mogę jej z czystym sumieniem polecić. Wciąż najlepszą serią o superbohaterach wydawaną obecnie w Polsce jest dla mnie „Czarny młot”Podobnie nie mogę polecić innego komiksu wydanego przez Egmont: „Brygady żydowskiej” (tłum. M. Mosiewicz). Autorem tego komiksu jest Mark Van Oppen, słynny belgijski komiksiarz, którego najprawdopodobniej kojarzycie pod pseudonimem Marvano. Marvano jest współautorem dwóch doskonałych serii science fiction narysowanych na podstawie powieści Joego Haldemana: „Wieczna wojna” i „Dallas Barr”. Obie słusznie należą do komiksowej klasyki i jeżeli chcielibyście zapoznać się z twórczością Marvano to sięgnijcie po którąś z nich.Tworząc w pojedynkę, Marvano poświęca się przede wszystkim twórczości historycznej. W Polsce wyszły jego „Berlin” (o stolicy Niemiec tuż po II wojnie światowej), „Grand Prix” (o wyścigach samochodowych w dwudziestoleciu międzywojennym) i teraz „Brygada żydowska” (o losach brytyjskiego oddziału złożonego z żołnierzy żydowskiego

pochodzenia). Wszystkie one się przenikają tworząc coś na kształt komiksowego uniwersum, tyle że rozgrywającego się w prawdziwym świecie.Nie są to niestety dobre komiksy, a „Brygada żydowska” jest z nich najgorsza. Przede wszystkim boli fakt, iż siadając do opowieści o prawdziwych, bardzo tragicznych wydarzeniach, Marvano zrobił dość niedbały research historyczny. Widać to jak na dłoni dzięki świetnej redakcji Artura Szrejtera (chwała Egmontowi za zatrudnienie specjalisty), który wytyka autorowi cała masę nieścisłości i przeinaczeń.Ale nie potrzeba uwag Szrejtera, by po przeczytaniu ostatniego rozdziału „Brygady żydowskiej”, traktującego o założeniu państwa Izrael, nie zadawać sobie pytania, jak można opowiadać o tych czasach, nie wspominając o masakrze w Dajr Jasin - będącej jednym z najbardziej niechlubnych rozdziałów w historii Izraela i zapowiedzią jego specyficznej polityki w stosunku do ludności pochodzenia arabskiego.Nie zrozumcie mnie źle. Choć losy Izraela bardzo mnie kiedyś interesowały, spokojnie potrafiłbym przymknąć oczy na te przemilczenia, gdyby służyły one dobrej fikcji. Jednak z tą jest jeszcze gorzej.„Brygada żydowska” to nieskładna, poszatkowana opowieść, nie dająca czytelnikowi praktycznie żadnej satysfakcji czytelniczej. Akcja skacze z miejsca na miejsce, tylko po to, by ogarnąć jak najwięcej historycznych momentów. Bohaterowie w zasadzie nie działają, tylko wciąż tłumaczą sobie (i czytelnikowi) tło historyczne. A jakby tego było mało, Marvano wcisnął do drugiego rozdziału bohaterów innych swoich komiksów i w rezultacie dostaliśmy postaci z niejasnymi motywacjami i akcję przeskakującą z wątku na wątek.Zdecydowanie nie polecam. Zwłaszcza, że na froncie komiksu historycznego pojawił się trzeci tom „Berlina” Jasona Lutesa i jestem niemal pewien, że jest to o wiele lepsza rzecz (napiszę o nim za miesiąc).Kolejną rozczarowującą premierą jest komiks „Giants” braci Carlosa i Miguela Valderramów (wyd. Non Stop Comics, tłum. G. Drojewski). Rzecz rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, w której Ziemię wzięły w panowanie wielkie potwory Kaijū wprost z japońskich filmów. A ludzkość, by przetrwać, musiała wycofać się do podziemnych miast. Dwoma głównymi bohaterami są młodzi chłopacy, przyjaciele, próbujący dostać się do jednego z gangów rządzących ich miastem. Wydostawszy się na chwilę na powierzchnię zostają rozdzieleni i - jak łatwo się domyślić - ich

losy potoczą się w zupełnie innych kierunkach.„Giants” zachwyca rysunkami. Miguel Valderrama odrobił pracę domową i stworzył komiks mieszający kreskę europejską i mangową. Jego kadry są kolorowe, dynamiczne i czytelne. Postaci wyglądają jakby żywcem wyciągnięte z komiksów Paula Pope’a (a to zawsze komplement), design potworów jest interesujący (coś pomiędzy kolosem z „Cloverfield” i obcymi z „Pacific Rim”), a świat przedstawiony zdaje się tętnić życiem - nawet jeżeli widzimy na nim tylko zburzone miasto zasypane śniegiem.Ale te piękne kadry nie opowiadają żadnej interesującej historii. Ot, zwykłą, naciąganą psychologicznie opowiastkę o przyjaciołach, którzy tak bardzo się kochają, że muszą stanąć przeciwko sobie. Popłuczyny po „Akirze”. Brak tu nie tylko oryginalności, ale i emocjonalnej głębi, czy chociażby miejsca na rozwój bohaterów. Komiks czyta się bardzo szybko, a jego zakończeniu wywołuje jedynie wzruszenie ramion. Ładna, pusta błyskotka. Szkoda.Żeby jednak nie było, że tylko narzekam, wydawnictwo Non Stop Comics wydało też komiks naprawdę udany. Mowa o „Grass Kings” Matta Kindta (scenariusz) i Tylera Jenkinsa (rysunki) (tłum. G. Drojewski). To opowieść o rządzonym przez trzech braci Królestwie traw - odizolowanej od sąsiednich miasteczek społeczności outsiderów. Mieszkańcy Królestwa to oryginały ceniące sobie wolność i niepłacenie podatków, ale jak ich bliżej poznać, są to też oczywiście troskliwi, czuli ludzie, którym udało się

stworzyć sprawnie działającą wioskę.Szczerze mówiąc mam już trochę dość komiksów o twardych, milczących facetach, hołdujących tradycyjnym ideałom i, oh, jakich męskich z tymi swoimi spluwami, bójkami i niezabliźnionymi ranami. Namnożyło się ostatnio takich typów przede wszystkim za sprawą sukcesu Jasona Aarona i jego „Skalpu” i „Bękartów z południa”.Jednak choć „Grass Kings” wpadają w te koleiny, to opowieści snutej przez Kindta udaje się w nich nie ugrzęznąć. Dzieje się tak za sprawą doskonałych, malowanych akwarelą plansz Jenkinsa. Dodają one tej prostej w sumie historii niespodziewanej delikatności, a na tych wszystkich milczących twardzieli każą patrzeć nie z zachwytem, ale ze

współczuciem. Bo w gruncie rzeczy to po prostu pokiereszowani przez życie ludzie, chowający się w swoich skorupach przed okrutnym światem.Co więcej, brutalną opowieść o starciu Królestwa traw z prawdziwym światem, Kindt i Jenkins wpisują w pełną przemocy historię Stanów Zjednoczonych. Na ziemiach Królestwa bezsensownie mordowano się od zawsze, więc kolejne krwawe starcie nie jest niczym wyjątkowym. I jeżeli alegoria zostanie pociągnięta, nie ma co się spodziewać szczęśliwego zakończenia.A w tradycyjnym polskim kąciku nie tyle polecenie, co news. Otóż założone przez Marcina Podolca studio animacji Yellow Tapir Films dostało dofinansowanie Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej na development serialu animowanego opartego na komiksie „Bajka na końcu świata”. W ramach projektu powstanie pilotażowy odcinek, który wyreżyseruje Kacper Zamarło.„Bajka na końcu świata” to trzytomowa (póki co) seria dla dzieci autorstwa Podolca (wydawana przez Kulturę Gniewu). Jej akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie, przez który podróżują dziewczynka Wiktoria i jej pies Bajka. Oboje poszukują zaginionych rodziców Wiktorii. Komiksowi, z racji settingu udaje się poruszać zaskakująco poważne tematy, ale nie brak w nim też scen urokliwych, których urokliwość potęgowana jest jeszcze charakterystyczną kreską Podolca. Dla dorosłego czytelnika seria może być nieco zbyt infantylna, ale jeżeli szukacie czegoś dla dzieciaków, to znaleźliście.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (3)