Niestety tych intrygujących, intymnych momentów jest zaledwie kilka, o wiele mniej niż typowych dla superbohaterszczyzny przegadanych monologów i drętwych, nieprzekonujących awantur pomiędzy bohaterami (wiecie, jakoś trzeba budować napięcie zanim dojdzie do starcia z antagonistą numeru).Trzeszczy również i główna metafora, bo o ile rozważania na temat mutantów i kosmitów nieźle nadają się do pisania o dorastaniu, to już starcie na śmierć i życie pomiędzy superbohaterami a superzłoczyńcami, to bardzo przegięta metafora konfliktu pokoleń i nastoletniego buntu. W rezultacie główny spór, mający nieść dramaturgię całej serii, okazuje się być wydumany.Nie najlepiej wypada też warstwa rysunkowa. Rysunki Alphony są co najwyżej poprawne i choć nie miałem z nimi problemu, to wielokrotnie kręciłem głową widząc odpuszczone detale, puste tła i nieproporcjonalne postacie. Za to prace Miyazawy rysującego zeszyty 11 i 12 po prostu mi nie podeszły. Nie dość, że rysowane w mangowej stylistyce postaci znacząco różnią się od tych przedstawianych przez Alphone, to Miyazawa zbyt chętnie - jak na mój gust - sięga po chwyty, grymasy i pozy wprost z rysowanych w ekspresowym tempie mang dla nastolatków. I choć ostatecznie nie czyni to komiksowi wielkiej szkody, to jednak kadry, w których bohaterowie robią miny niczym „Czarodziejki z księżyca” wybija z płynnej lektury. Nie ta stylistyka, nie ten ton, nie ta historia.Pozostając w klimacie superbohaterów, polecę też - raz jeszcze - serię „Czarny Młot” pomysłu Jeffa Lemire’a. Po dwóch świetnych tomach głównej serii, Egmont wydał mini-serię poboczną „Sherlock Frankenstein i Legion Zła” (tłum. T. Sidorkiewicz) i jest to cudowny list miłosny do gatunku superbohaterskiego. Historia przekonujących psychologicznie bohaterów jest pretekstem do opowiadzenia o kolejnych erach superbohaterszczyzny - Złotej, Srebrnej, Brązowej i Mrocznej. Składa hołd najważniejszym postaciom medium (zarówno bohaterom, jak i złoczyńcom), a we wszystko wplata jeszcze mądre przesłanie na temat dobrodziejstw różnorodności. Nie przeczę - mam słabość do tej serii. Ale z drugiej strony - może ona po prostu jest cholernie dobra?Polecam także „Warpaint” autorstwa argentyńskiego artysty Renzo Podesty (wyd. Mandioca, tłum. M. Cichy). W warstwie fabularnej mamy tu do czynienia z prostą (ale niegłupią) opowieścią o samotnym, wiecznym wojowniku, mierzącym się nie tylko z przeciwnikami i śmiercią, ale i własnymi słabościami. Rzecz jest dość klarowna i w żaden sposób nie zaskakująca, ale opowiedziana na tyle sprawnie, że jej przewidywalność w niczym nie przeszkadza. To inspirowany starorzymskimi, nordyckimi i celtyckimi wierzeniami mit - czytelny i skłaniający do refleksji (jeżeli akurat lubisz rozmyślać o życiu, jako ciągłym starciu, upadkach i podnoszeniu się, brnięciu przed siebie wbrew przeciwnościom i zdrowemu rozsądkowi etc.).Główną atrakcja „Warpaint” jest warstwa graficzna albumu. Podestá zna się na swoim fachu i czyta dużo Franka Millera (a „300” zna pewnie na pamięć), bo bardzo obficie z niego cytuje. Album jest więc utrzymany w przytłaczających czerniach i bielach, często wykorzystywanych, by grać z cieniami i konturami. Sporo jest tu kadrów prawie nieczytelnych - bryzgów krwi, mazów, ciachań, czarnych pól - nie służących przedstawieniu akcji czy bohaterów, ale budowaniu klimatu. Kiedy trzeba zmienić ton na nieco lżejszy, zmienia się także kreska (na bardziej miękką) i paleta kolorystyczna (na szarości).Wydawnictwo Mandoica podjęło ryzykowną decyzję o wydaniu komiksu w półtwardej oprawie. Dzięki temu komiks wygląda i trzyma się świetnie, ale jego przechowywanie może nastręczać kłopotów - okładka dość chętnie się odgina i z czasem może się zacząć odkształcać. Zwłaszcza, jeżeli komiksu nie trzyma się w folii, tylko - tak, jak ja - po prostu stawia na półce. Ale poza tym drobnym zastrzeżeniem, nie mam uwag. Polecam wszystkim, którzy lubią epickie opowieści o naparzaniu się wielkimi mieczami, brodzeniu w morzu krwi i dumaniu nad rzeczami ostatecznymi.I na koniec, jak zawsze, kącik komiksu polskiego. Tym razem polecę „Marzi” Marzeny Sowy (scenariusz) i Sylvaina Savoia (rysunki). Nie jest to nowy komiks, a reedycja materiału sprzed 10 lat - wydana w większym, czytelniejszym, ale i mniej wygodnym formacie. Ale „Marzi” zasłużyła na reedycję.To autobiograficzne wspomnienia autorki, opowiadającej o dzieciństwie w latach 80. To co odróżnia je jednak od większości takich opowieści, to fakt, iż ilustrował je pochodzący z Francji mąż Sowy. Inaczej niż Polakom, PRL nie kojarzy mu się z szarością i beznadzieją, „Marzi” pełna jest więc kolorów i życia.Nie jest to oczywiście komiks idealny. Wielu krytyków zarzucało mu swego czasu, całkiem słusznie, że Sowa nie korzysta z możliwości narracji komiksowej. Wydarzenia nie tyle dzieją się w kadrach, co są w nich przedstawiane, a historię niesie narracja prowadzona w ramkach - i niestety zazwyczaj pokrywa się ona z tym, co zostało narysowane. Ja jednak zawsze sobie „Marzi” ceniłem, bo to po prostu zabawna i trafna opowieść o dzieciństwie spędzonym w cieniu wielkiej polityki. Sowa pisała swój komiks dla czytelnika frankofońskiego, sporo jest tu więc tłumaczenia kontekstu, a całe jej dzieciństwo zdaje się upływać od jednego przełomu politycznego do następnego. Może to nierealistyczne (trudno uwierzyć, że mająca 1,5 roku dziecko tak dobrze pamięta wprowadzenie stanu wojennego), ale z drugiej strony naprawdę przyjemnie się te opowiastki czyta, przypominając sobie i codzienne problemy tamtych czasów i wielkie chwile historii.Cieszy mnie ta reedycja także dlatego, że „Marzi” to jedna z ważniejszych serii w historii polskiego komiksu i warto o niej pamiętać. Wydana pierwotnie na rynku frankofońskim, odniosła na nim spory sukces i została nominowana do wyróżnienia w Angoulê me. Z kolei jej amerykańska edycja została przygotowana przez prestiżowy imprint Vertigo i była nominowana do nagrody Eisnera.