Dobra kreska #17: Zachwyty i rozczarowania

Dobra kreska #17: Zachwyty i rozczarowania
17.07.2018 09:00
Dobra kreska #17: Zachwyty i rozczarowania
Bartosz Stodolny
Bartosz Stodolny

Anoreksja, zabójczy Elvis, rozczarowujący Mike Mignola i nowy tom „Kajka i Kokosza”

Powieść graficzna „Lżejsza od swojego cienia” autorstwa Katie Green (tłum. K. Kowerska, wyd. Timof Comics) to być może najbardziej poruszający komiks, jaki czytałem w tym roku. Green na niemal 500 stronach opisuje zmagania wpierw z anoreksją, a następnie z zaburzeniami odżywiania. Jej problemy zaczęły się jeszcze w dzieciństwie, ale największa siła „Lżejszej od swojego cienia” tkwi w fakcie, że nie jest to po prostu poradnik obsługi osoby chorej, ale obszerny, bardzo wnikliwy portret zarówno autorki, jaki i jej najbliższych.Nie ma tutaj jednej chwili, w której dziewczyna przestaje jeść. Nie ma prostych rozwiązań i hollywoodzkich przełomów, po których jest już tylko łatwiej. Owszem, Green pokazuje, skąd wzięły się jej problemy (zwłaszcza zaburzenia odżywiania zdają się mieć bardzo łatwe do wskazania korzenie w praktykach terapeuty-oszusta, do którego trafia dziewczyna), ale nie sugeruje jednocześnie, że wystarczy jedna drobna zmiana, czy zdanie sobie sprawy z tego, w czym tkwi problem. Choroba w tym komiksie jest, podobnie jak w prawdziwym życiu, skomplikowanym zjawiskiem.

Duże wrażenie robi sprawność warsztatowa Green. Autorka, przyznająca się do inspiracji „Blankets” Craiga Thompsona, z wyczuciem gra na emocjach czytelnika, wzbudzając w nim niepokój i niemożliwą do zaspokojenia troskę. Kreska artystki jest delikatna (i świetnie współgra z kruchą psychiką głównej bohaterki), a niemal cały komiks został narysowany na szarych stronach, sugerując, że Katie wciąż musi zmagać się z jakimś „cieniem”. Przy okazji, na marginesie rozważań na temat swoich zmagań, Green porusza też problem akceptacji własnego ciała i tego, jak bardzo współczesne społeczeństwo ocenia wygląda każdego z nas (i jakie może to nieść konsekwencje). Potężny, świetnie narysowany album, idealny dla ludzi zainteresowanych ambitnymi powieściami graficznymi, albo nieinteresujących się na co dzień historyjkami obrazkowymi.Potężnym strzałem, choć z zupełnie innej strony, jest też „Mesmo Delivery” autorstwa Rafaela Grampá (tłum. J. Drewnowski, wyd. Bum Projekt). To prostacka, bezkompromisowa opowieść o przemocy, rozgrywająca się w środowisku amerykańskich kierowców ciężarówek. Głównym bohaterami są Rufo - kierujący samochodem osiłek - i tajemniczy Sangrecco, rozkochany w muzyce Elvisa Presleya zabijaka. Obaj mają przewieźć tajemniczy ładunek, po drodze wdają się jednak w bójkę na stacji benzynowej.Historia opowiadana przez Grampá jest prosta, bo siła tego komiksu nie tkwi w scenariuszu, a w doskonałych rysunkach i szalonym tempie wydarzeń. Bardzo szczegółowy i charakterystyczny styl artysty (kojarzący mi się ze stylem Paula Pope’a) sprawia jednak, że nawet tak prostacka opowiastka zapiera dech w piersiach.Sposób w jaki Grampá przedstawia walki, jak operuje kadrowaniem, ba, nawet zaprojektowane przez niego szyldy powalają. „Mesmo Delivery” to jeden z tych albumów, które czyta się drugi raz, zaraz po pierwszej lekturze, tylko po to, by przyjrzeć się dokładnie ulubionym kadrom. Komiks Grampá ma w sobie tę komiksowo-rock-and-rollową nutkę szaleństwa, sprawiającą że czytelnik w ogóle się nie dziwi, gdy jeden z bohaterów wyjmuje sztuczną pięść, inny przypadkowo masakruje twarz niewinnej kobiecie, a jeszcze inny okazuje się być mordercą z piekła rodem. Cudowna jazda bez trzymanki. Komiks, po lekturze którego, uśmiech długo nie schodził mi z ust.Bardzo pozytywnym zaskoczeniem okazał się być też album „Miecz Ardeńczyka” narysowany przez pochodzącego z Belgii Étienne Willema (tłum. P. Łapiński, wyd. Egmont). Sięgając po niego nie miałem wielkich oczekiwań. Ot, kolejny frankofoński cykl fantasy, w którym bohaterowie przedstawieni są jako zwierzęta. Mamy tu więc cały wachlarz typowych dla gatunku chwytów. I drużynę śmiałków, którzy 20 lat temu pokonali wielkie zło, a teraz, gdy zło to się odradza, znów muszą się zjednoczyć. I młodego królika, okazującego się być wybrańcem. I mądrego maga, zaskakująco podobnego do Gandalfa Białego…Kiedy jednak byłem już niemal pewien, że doskonale wiem, w którym kierunku ta opowieść zmierza, zaczęła ona przybierać zaskakująco mroczny i realistyczny ton. Willem ma odwagę zakwestionować schematy i bardziej niż typową opowieścią o magii i mieczu, interesuje się rozważaniami na temat polityki, propagandy i cynizmu. Nie jest to może demaskatorski poziom „Gry o tron” - mowa o komiksie skierowanym przede wszystkim dla nastolatków - ale finał naprawdę zaskakuje. Nie tyle wydarzeniami, których się nie spodziewałem, co dojrzałym morałem, bardzo rzadko przekazywanym w tego typu opowieściach. Dodajmy do tego, że Willem jest świetnym rysownikiem, doskonale wpisującym się w frankofoński główny nurt i otrzymamy naprawdę wciągające czytadło. Polecam.Równie pozytywnym zaskoczeniem była lektura „Śmierci Stalina” scenarzysty Fabiena Nury’ego i rysownika Thierry’ego Robina (tłum. W. Birek). Przez polskie kina przemknął właśnie niezły film, nakręcony na podstawie tej powieści graficznej, wydawnictwo Non Stop Comics postanowiło więc skorzystać z okazji. I bardzo dobrze.

„Śmierć Stalina” to jednocześnie zabawna i przerażająca opowieść o ostatnich chwilach jednego z największych ludobójców w historii świata i walce o schedę po nim. Nury i Robin zrobili dogłębny research, komiks jest więc bardzo wiarygodny, ale warto pamiętać, że nie jest to relacja dokumentalna, a mocno udramatyzowana (w posłowiu pisze o w tym historyk Jean-Jacques Marie).Nie zmienia to jednak faktu, ze autorom udało się uchwycić absurdalny i groteskowy klimat Związku Radzieckiego i rządzącej nim Partii. Cynizm walczy tu z ideologią, wszyscy wszystkich zdradzają, nikt nie wierzy w komunizm, choć wszyscy wciąż o nim gadają. Propaganda miesza się z prawdziwym żalem, a władza po Stalinie może wpaść w ręce tylko większego lub mniejszego sukinsyna (komiks sugeruje, że mieliśmy szczęście).Jedynym mankamentem „Śmierci Stalina” jest to, że autorzy wprowadzają nieco zbyt wielu bohaterów, a scenarzyście nie udaje się ich wszystkich dobrze scharakteryzować. W Komitecie Centralnym KPZR zasiada aż siedem osób, lecz sam rozróżniałem tylko tych najważniejszych - Berię, Chruszczowa i Mołotowa. Pozostali zlewali mi się w jedno, przez co wciąż musiałem wracać do pierwszych stron i przypominać sobie, kto jest kim.Po tych wszystkich zachwytach i zaskoczeniach czas na dwa rozczarowania. Pierwszym jest „RAPP. Zaginione dzienniki Tesli”, komiks autorstwa znanego z „Gnata” Jeffa Smitha (tłum. M. Jaszczurowska, wyd. Egmont). To skomplikowana historia przygodowa o zafascynowanym pracami Tesli naukowcu, który podróżuje pomiędzy alternatywnymi Ziemiami, usiłując zniszczyć potężną broń, do której stworzenia sam się przyłożył. Jego śladem rusza oczywiście okrutny agent rządowy, a w grę wplątane są też dwie, zakochane w głównym bohaterze kobiety.W streszczeniu brzmi to dobrze, ale z realizacją jest dużo gorzej. Smith nadmiernie gmatwa fabułę i rozciąga ją na 460 stron; miesza w czasie i wymiarach, konstruując logiczną łamigłówkę, której rozwiązanie nie daje spodziewanej satysfakcji. Co gorsza, w drodze do wielkiego finału co chwila fabuła grzęźnie w przegadanych dłużyznach. Rapp cały czas monologuje, choć tylko czasami ma coś ciekawego do powiedzenia. Oparcie całej narracji na wynurzeniach głównego bohatera sprawia też, że pozostałe postaci są słabo rozwinięte i trudno przejąć się ich losem, gdy zaczyna dziać się im krzywda.Ku własnemu zaskoczeniu, przeszkadzał mi także styl rysunków Jeffa Smitha. To jeden z tych artystów, który nie do końca potrafi rysować sylwetki ludzkie. W „Gnacie” nie miało to większego znaczenia, bo napięcie pomiędzy postaciami realistycznymi i kreskówkowymi było siłą tej historii. Ale we w całości realistycznie rysowanym „RAPP-ie” wszystkie niezręczności, zbyt duże głowy i dziwnie wyginające się sylwetki wybijały mnie z rytmu opowieści. Odradzam.Drugim, znacznie mniejszym, ale jednak rozczarowaniem jest wydany przez Non Stop Comics albumik „Pan Higgins wraca do domu” uwielbianego przeze mnie Mike’a Mignoli (scenariusz) i Warwicka Jahnsona-Cadwella (rysunki) (tłum. P. Braiter). Mignola robi w tym krótkim albumiku to, w czym czuje się najlepiej - bawi się schematami pulpowych horrorów.Problem w tym, że mocno inspirowana „Nieustraszonymi pogromcami wampirów” opowiastka o krwiopijcach, walczących z nimi dżentelmenach i zmieniającym się w wilkołaka panem Higginsem nie jest ani szczególnie wciągająca, ani zabawna. Fani gatunku znajdą kilka ciekawych pomysłów i czasami zaśmieją się pod nosem (Mignola to jednak Mignola), ale po przeczytaniu całości po prostu wzruszą ramionami i powrócą do „Hellboya” i „B.B.P.O.”. Bo „Pan Higgins wraca do domu” nie robi nic wyjątkowego, nic co by go odróżniało od całej rzeszy innych tego typu hołdów. Na pocieszenie zostają tylko świetne rysunki Johnsona-Cadwella, któremu udaje się wpisać w stylistykę Mignoli, nie porzucając jednocześnie własnego stylu.A w kąciku z komiksem polskim, tym razem nie polecenie, a news. Wydawnictwo Egmont Polska ogłosiło, że będzie kontynuowało cykl „Kajko i Kokosz” stworzony przez zmarłego w 2008 roku Janusza Christę. Nowe pełnometrażowe odcinki kultowej serii będą tworzyć Maciej Kur (scenariusz), Sławomir Kiełbus (rysunki) i Piotr Bednarczyk (kolor). Pierwszy z nowych albumów, zatytułowany „Królewska korona” ukaże się w listopadzie.Fanatyków i purystów ta informacja może szokować, ja jednak jestem umiarkowanym optymistą. Kur i Kiełbus udowodnili, że doskonale czują klimat komiksów Christy, a z tego co na Gdańskich Spotkaniach Komiksowych mówił Tomasz Kołodziejczak z wydawnictwa Egmont, wynikało, że i sam Christa, jeszcze przed śmiercią, pozytywnie odnosił się do idei, by ktoś przejął jego bohaterów. Kołodziejczak dowodził też, że owszem, niektóre serie pozostają nieruszone po śmierci lub odejściu autora (chociażby „Tintin”), ale wiele jest z sukcesami kontynuowanych (chociażby „Asterix” czy „Thorgal”). Nie ma więc w tej decyzji nic kontrowersyjnego. Cóż, mnie to przekonuje. Zwłaszcza, że udostępniona przez Egmont plansza wygląda tak, jak powinna.Igor Trout

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (4)