„Śmierć Stalina” to jednocześnie zabawna i przerażająca opowieść o ostatnich chwilach jednego z największych ludobójców w historii świata i walce o schedę po nim. Nury i Robin zrobili dogłębny research, komiks jest więc bardzo wiarygodny, ale warto pamiętać, że nie jest to relacja dokumentalna, a mocno udramatyzowana (w posłowiu pisze o w tym historyk Jean-Jacques Marie).Nie zmienia to jednak faktu, ze autorom udało się uchwycić absurdalny i groteskowy klimat Związku Radzieckiego i rządzącej nim Partii. Cynizm walczy tu z ideologią, wszyscy wszystkich zdradzają, nikt nie wierzy w komunizm, choć wszyscy wciąż o nim gadają. Propaganda miesza się z prawdziwym żalem, a władza po Stalinie może wpaść w ręce tylko większego lub mniejszego sukinsyna (komiks sugeruje, że mieliśmy szczęście).Jedynym mankamentem „Śmierci Stalina” jest to, że autorzy wprowadzają nieco zbyt wielu bohaterów, a scenarzyście nie udaje się ich wszystkich dobrze scharakteryzować. W Komitecie Centralnym KPZR zasiada aż siedem osób, lecz sam rozróżniałem tylko tych najważniejszych - Berię, Chruszczowa i Mołotowa. Pozostali zlewali mi się w jedno, przez co wciąż musiałem wracać do pierwszych stron i przypominać sobie, kto jest kim.Po tych wszystkich zachwytach i zaskoczeniach czas na dwa rozczarowania. Pierwszym jest „RAPP. Zaginione dzienniki Tesli”, komiks autorstwa znanego z „Gnata” Jeffa Smitha (tłum. M. Jaszczurowska, wyd. Egmont). To skomplikowana historia przygodowa o zafascynowanym pracami Tesli naukowcu, który podróżuje pomiędzy alternatywnymi Ziemiami, usiłując zniszczyć potężną broń, do której stworzenia sam się przyłożył. Jego śladem rusza oczywiście okrutny agent rządowy, a w grę wplątane są też dwie, zakochane w głównym bohaterze kobiety.W streszczeniu brzmi to dobrze, ale z realizacją jest dużo gorzej. Smith nadmiernie gmatwa fabułę i rozciąga ją na 460 stron; miesza w czasie i wymiarach, konstruując logiczną łamigłówkę, której rozwiązanie nie daje spodziewanej satysfakcji. Co gorsza, w drodze do wielkiego finału co chwila fabuła grzęźnie w przegadanych dłużyznach. Rapp cały czas monologuje, choć tylko czasami ma coś ciekawego do powiedzenia. Oparcie całej narracji na wynurzeniach głównego bohatera sprawia też, że pozostałe postaci są słabo rozwinięte i trudno przejąć się ich losem, gdy zaczyna dziać się im krzywda.Ku własnemu zaskoczeniu, przeszkadzał mi także styl rysunków Jeffa Smitha. To jeden z tych artystów, który nie do końca potrafi rysować sylwetki ludzkie. W „Gnacie” nie miało to większego znaczenia, bo napięcie pomiędzy postaciami realistycznymi i kreskówkowymi było siłą tej historii. Ale we w całości realistycznie rysowanym „RAPP-ie” wszystkie niezręczności, zbyt duże głowy i dziwnie wyginające się sylwetki wybijały mnie z rytmu opowieści. Odradzam.Drugim, znacznie mniejszym, ale jednak rozczarowaniem jest wydany przez Non Stop Comics albumik „Pan Higgins wraca do domu” uwielbianego przeze mnie Mike’a Mignoli (scenariusz) i Warwicka Jahnsona-Cadwella (rysunki) (tłum. P. Braiter). Mignola robi w tym krótkim albumiku to, w czym czuje się najlepiej - bawi się schematami pulpowych horrorów.Problem w tym, że mocno inspirowana „Nieustraszonymi pogromcami wampirów” opowiastka o krwiopijcach, walczących z nimi dżentelmenach i zmieniającym się w wilkołaka panem Higginsem nie jest ani szczególnie wciągająca, ani zabawna. Fani gatunku znajdą kilka ciekawych pomysłów i czasami zaśmieją się pod nosem (Mignola to jednak Mignola), ale po przeczytaniu całości po prostu wzruszą ramionami i powrócą do „Hellboya” i „B.B.P.O.”. Bo „Pan Higgins wraca do domu” nie robi nic wyjątkowego, nic co by go odróżniało od całej rzeszy innych tego typu hołdów. Na pocieszenie zostają tylko świetne rysunki Johnsona-Cadwella, któremu udaje się wpisać w stylistykę Mignoli, nie porzucając jednocześnie własnego stylu.A w kąciku z komiksem polskim, tym razem nie polecenie, a news. Wydawnictwo Egmont Polska ogłosiło, że będzie kontynuowało cykl „Kajko i Kokosz” stworzony przez zmarłego w 2008 roku Janusza Christę. Nowe pełnometrażowe odcinki kultowej serii będą tworzyć Maciej Kur (scenariusz), Sławomir Kiełbus (rysunki) i Piotr Bednarczyk (kolor). Pierwszy z nowych albumów, zatytułowany „Królewska korona” ukaże się w listopadzie.Fanatyków i purystów ta informacja może szokować, ja jednak jestem umiarkowanym optymistą. Kur i Kiełbus udowodnili, że doskonale czują klimat komiksów Christy, a z tego co na Gdańskich Spotkaniach Komiksowych mówił Tomasz Kołodziejczak z wydawnictwa Egmont, wynikało, że i sam Christa, jeszcze przed śmiercią, pozytywnie odnosił się do idei, by ktoś przejął jego bohaterów. Kołodziejczak dowodził też, że owszem, niektóre serie pozostają nieruszone po śmierci lub odejściu autora (chociażby „Tintin”), ale wiele jest z sukcesami kontynuowanych (chociażby „Asterix” czy „Thorgal”). Nie ma więc w tej decyzji nic kontrowersyjnego. Cóż, mnie to przekonuje. Zwłaszcza, że udostępniona przez Egmont plansza wygląda tak, jak powinna.Igor Trout