A jednak opowieść o dorastaniu Pana Żarówki nie przyprawiła mnie - inaczej niż większość rodzimych recenzentów - o szybsze bicie serca i niesamowite emocje. To świetny komiks, który szybko się czyta, ale jak na inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami opowieść o trudach borykania się z własną i cudzą niepełnosprawnością, jest on nieco zbyt prosty. Jak już wspomniałem, Wawszczyk jest świetnym rzemieślnikiem, dobrze znającym zasady konstruowania scenariusza. Owa warsztatowa sprawność sprawia jednak, że punkty kulminacyjne i dramatyczne momenty są w „Panu Żarówce” tak dobrze wymierzone, że w moim wypadku zupełnie straciły swą siłę rażenia. Po prostu czułem się manipulowany.Drugą głośną rodzimą premierą była „Wszechksięga” Tomasza „Spella” Grządzieli (wyd. Wydawnictwo Komiksowe). W zeszłym roku projekt Grządzieli wygrał stypendium komiksowe portalu Gildia.pl i patrząc na grafiki, trudno się dziwić werdyktowi Jury. Autor doskonałych „Przygód Stasia i złej nogi” tym razem zainteresował się średniowiecznymi manuskryptami i postanowił stworzyć cały komiks utrzymany w ich stylu. „Wszechksięga” wygląda doskonale - każda strona i każdy kadr zostały przez autora drobiazgowo zaplanowane. Ich lektura często mniej ma wspólnego z poznawaniem fabuły, a więcej z gorączkowym odkrywaniem rzeczy ukrytych na kadrach. Zwłaszcza, że "Spell" bawi się też samym formatem komiksu naśladującego księgę, a to „wyrywając” kilka stron, a to znów uświadamiając swoich bohaterów, że czyha nad nimi narrator, a oni sami uwięzieni są w opowieści.Podobnie jednak, jak „Pan Żarówka”, „Wszechksięga” także zostawiła mnie niezaspokojonego. Grządziela bardzo odważnie eksperymentuje z materią komiksu, jednak narzędzia, po które sięga wydają się nie przystawać, do tematu, który porusza. Nie jest bowiem „Wszechksięga” opowieścią o epickich bitwach, smokach i królach, ale o bardzo przyziemnym, ludzkim rozczarowaniu.Smutno-śmieszny los szalonego króla walczącego o przetrwanie w dobiegającej końca opowieści zasługuje moim zdaniem na nieco bardziej zniuansowane przedstawienie. Tymczasem wybrany przez Grządzielę format historycznej kroniki nie pozostawia miejsca na takie wybryki - to opowieść z gruba ciosana, pełna uproszczeń, krzyku, przemocy i łatwego humoru. Obserwując końcową porażkę głównego bohatera, nie widzimy przegranego, rozczarowanego człowieka, ale puentę dowcipu.Czy to znaczy, że „Wszechksięga” jest nieudana? Tak daleko bym się nie posuwał. Album broni się bowiem nie tylko warstwą graficzną, ale i - bardzo przewrotnie - owym poczuciem rozczarowania, które towarzyszy skończonej lekturze. Jest to emocja, która pozostaje w czytelniku, zmuszając go do domysłów, czy aby nie o nią właśnie chodziło autorowi. Czy rozczarowujące zakończenie „Wszechksięgi” nie miało rezonować z rozczarowaniem jej bohatera?W zeszłorocznym konkursie na stypendium Gildia.pl startowała także Gosia Kulik. Wprawdzie nie wygrała, ale Wydawnictwo Komiksowe i tak wydało album „Ta małpa poszła do nieba”. I bardzo dobrze się stało, bo jest doskonały.Głównym bohaterem komiksu jest Pan Janek, osiedlowy fachura, naprawiający ludziom pralki, gniazdka etc. Wraz z żoną przeżywają ciężkie miesiące po śmierci przygarniętej, wykradzionej z zoo małpki. Choć to założenie wydawać się może fantastyczne, Kulik pozostaje bardzo blisko ziemi, robiąc komiks o najprzeciętniejszych z przeciętnych.Bohaterowie „Tej małpy” są brzydcy, wąsaci i smutni. Więcej im się w życiu nie udało, niż udało, a każdy kolejny dzień ich życia oznacza borykanie się z kolejnymi przeciwnościami - nie spektakularnymi problemami, ale pracą, depresją czy pogodą. To ludzie, o których popkultura zazwyczaj zapomina; mieszkańcy starych kamienic i bloków, renciści, emeryci, panie ze sklepów monopolowych czy zmęczone życiem fryzjerki; mający - podobnie jak wszyscy przecież - własne problemy i marzenia. I choć żałoba po małpie wydawać by się mogła pomysłem absurdalnym, Kulik udało się wycisnąć z niego naprawdę przejmującą, życiową fabułę.„Ta małpa poszła do nieba” może odstraszyć estetów, tolerujących tylko ładne komiksy. Nie dajcie się jednak zniechęcić. Szpetna, nieco odstręczająca kreska Kulik doskonale współgra ze snutą przez nią opowieścią - z kanapkami z jajkiem, wiecznym polskim deszczem, zbieraniem grzybów i pozostawionymi w altance gazetkami porno. Dodatkowym plusem jest dla mnie bardzo przewrotne wpisanie „Tej małpy” w historię polskiego komiksu - odwołania do najsłynniejszej komiksowej małpy są tu czytelne, ale nienachalne.Z kolei wydawnictwo Timof Comics odwiedziło Komiksową Warszawę z „Edenem”, debiutem Tomasza Woroniaka - prowegańską (albo: antymięsną) opowieścią o tym, co by było, gdyby podczas Wigilii zwierzęta naprawdę przemówiły ludzkim głosem i nie uciszyły się wraz z końcem dnia, tylko spróbowały stworzyć z ludźmi działające społeczeństwo.Czytając o tym komiksie spodziewałem się ciężkiej, naładowanej ideologią i argumentami rozprawy na temat wyższości wegetarianizmu. I nawet trochę się na nią cieszyłem - należę do ludzi, którzy kupują argument o niejedzeniu mięsa, ale nie potrafili się przekonać do niczego więcej niż ograniczenie jego spożycia. Woroniak jest jednak zainteresowany przede wszystkim fabułą i bohaterami: Szymonem, jego współlokatorem-gadającym szczurem i dziewczyną-weganką.Po „przebudzeniu” zwierząt powstały trybunały, rozsądzające, jak ukarać ludzi biorących udział w masowej rzezi zwierząt. Tych najbardziej mięsożernych zamyka się w gettach, wegan - odsyła do dzielnic willowych. Szymon jest gdzieś pomiędzy, ograniczał jedzenie mięsa, ale raczej nie angażował się w ideologię. Dlatego jego proces może się skończyć dwojako.Woroniakowi świetnie idzie opowiadanie historii o współżyciu zwierząt z ludźmi, ale mniej więcej w 2/3 komiks skręca ku grząskim, filozoficznym tematom i rozważaniom na temat tytułowego Edenu. Opowieść nagle traci kontakt sama ze sobą i czytając zakończenie nie do końca byłem pewien, co tak właściwie autor miał mi do powiedzenia.Podobnie zresztą jest ze stylem graficznym Woroniaka. Widać w nim bardzo silne wpływy Frederika Peetersa (w pewnym momencie wprost cytowana jest scena z „Niebieskich pigułek”) i miejscami album wygląda świetnie, ale wiele kadrów jest też odpuszczonych. Ostatecznie „Eden” to jeden z tych komiksów, które przemykają przez życie czytelników. Czyta się go przyjemnie, nie budzi jednak gwałtownych emocji, które zakotwiczyłyby go w pamięci.