Petersen opowiada dosyć prostą historię awanturniczą. Sporo tu pojedynków na miecze, walk z potworami (np. wężem), zagadek i zdrad. W konwencję wpisują się także dosyć stereotypowi, acz nieźle napisani bohaterowie. Myślę, że nikt nie będzie zdziwiony, kiedy zdradzę, że jeden z członków Mysiej Straży jest mądry i roztropny, drugi to narwaniec, a wśród postaci pojawia się także tyleż tajemniczy, co legendarny fechmistrz. Autor jednak sprawnie żongluje tymi motywami, tworząc wiarygodną, wciągającą fabułę - w ogóle nie zaskakującą, ale przecież nie wszystkie fabuły muszą zaskakiwać. Zwłaszcza, że największy atut „Mysiej Straży” tkwi w jej warstwie graficznej.Komiksem Petersena będą zachwyceni wszyscy ci, którzy jako dzieci marzyli o tym, by Disney nieco poważniej potraktował swoich widzów i opowiedział w konwencji zwierzęcej sensowną średniowieczną fabułę. Rysunki są cudownie kolorowe i rozbrajająco szczegółowe. Do tego stopnia, że pierwszy z zeszytów zakończony jest nie tylko mapką Mysich Terytoriów, ale i przekrojem malutkiego, znajdującego się w drzewie mysiego miasta, z maciupkimi budynkami i wywierconymi w pniu otworami wentylacyjnymi. Do tej pory ukazały się w Polsce cztery tomy tej serii, składające się na dwie pory roku - odpowiednio Jesień i Zima 1152 roku.W temacie uroczych futrzastych zwierzątek, osadzonych w fabułach pełnych przemocy i krwi, plasuje się także postapokaliptyczna seria „Władza” autorstwa Sylvaina Runberga (scenariusz) i Oliviera Boiscommuny (rysunek) (tłum. M. Mosiewicz), dość szumnie zapowiadana przez Egmont Polska. Akcja rozgrywa się w świecie, w którym rządy człowieka się skończyły, a ludzkie miasta porosły lasami. W zwolnione miejsce wkroczyły rozumne zwierzęta - posługujące się mową i ubierające zgodnie z XIX-wieczną modą. Trójka głównych bohaterów to tygrys, gepardzica i koza, najemnicy, obiecujący rodzinie pochodzących z arystokracji lisów (chyba) ochronę w trakcie corocznej pielgrzymki do sanktuarium. Zwierzęta mają w nim przetrwać tytułową porę demonów - niewyjaśniony jeszcze kataklizm mający coś wspólnego z ludźmi.Choć wszystko to może brzmieć ciekawie, odradzam na razie inwestycję we „Władzę”. Pierwszy zeszyt zapowiada nieciekawą, płaską sieczkę. Autorzy nie poświęcają zbyt wiele czasu na świat przedstawiony, rzucając swoimi bohaterami od jednej wypranej z emocji bijatyki do następnej. Jakby wciągająca historia i zniuansowane postaci interesowały ich mniej, niż możliwość pokazania tygrysa odcinającego łeb fretce. Owszem, tygrys odcinający łeb fretce wygląda ładnie, ale naprawdę trudno jest docenić talent rysownika, jeżeli czytelnik niespecjalnie lubi tego tygrysa, a o fretce nie wie absolutnie nic. Być może w kolejnych zeszytach „Władza” okaże się bardziej wciągająca. Póki co jest to jednak srogie rozczarowanie.Mniejszym rozczarowaniem (ale jednak rozczarowaniem) była dla mnie lektura „Modlitewnika narodowego” autorstwa Marcello Quintanilha (wyd. Timof Comics , tłum. J. Jankowski). Do tej pory miałem z komiksem brazylijskim kontakt przypadkowy, prowokowany jedynie przez wydawnictwo Timof Comics. Oczywiście podobały mi się urocze i refleksyjne „Płatki” Gustavo Borgesa. Zaś „Wolfram” Marcello Quintanilha to jedno z moich najbardziej pozytywnych zaskoczeń lekturowych ostatnich lat (serio, chcecie przeczytać dobrą sensację osadzoną w brazylijskich realiach - sięgnijcie po „Wolfram”).„Modlitewnik narodowy” co najwyżej mnie zmieszał. To zbiór sześciu krótkich opowiadań komiksowych, rozgrywających się we współczesnej Brazylii. Bohaterami są zawsze zwykli ludzie, a tematyka zazwyczaj zahacza o problem przemocy seksualnej (czy może inaczej: nadużyć seksualnych). Jest więc opowieść o dziewczynie ze znamieniem na twarzy, chaotycznie analizującej swój związek. Historia dziewczynki molestowanej przez nauczyciela. Umierający kierowca autobusu wspominający swe życie. I najlepsza w tomie miniatura o starszym panu, kierowcy taksówki, próbującym zaimponować młodej pasażerce.I choć brzmi to nieźle, to przynajmniej trzy z tych sześciu komiksów Quintanilha opowiada niezwykle bełkotliwie. Jakby interesowały go nie tyle historie i bohaterowie, co efekciarskie - miejscami nieczytelne - sztuczki narracyjne. Co gorsza, rysunki nie zawsze współgrają z narracją słowną, ale uzyskiwane w ten sposób napięcie nie służy metaforom, które potrafiłbym rozszyfrować. Być może to moja wina. Być może nie włożyłem wystarczająco dużo wysiłku w rozgryzienie tych enigmatycznych miniaturek. Ale z drugiej strony „Modlitewnik narodowy” nie wywołał we mnie wystarczająco intensywnych uczuć, bym zmusił się do cięższej pracy.Na koniec, jak zawsze, kącik z polskim komiksem. A w nim dwie propozycje zeszytowe. Po pierwsze: „Furkot” Karola "KRL-a" Kalinowskiego (wyd. Sheptooha). To opowieść o tytułowym kocie, kosmicznym wojowniku, spadkobiercy tronu Trupii, który na skutek intrygi zostaje zesłany na obcą, nieprzyjazną planetę. KRL, kojarzony przede wszystkim z uroczymi komiksami dla dzieci osadzonymi w starosłowiańskich dekoracjach („Łauma”, „Kościsko”, „Borka i Sambor”) jest także wielkim miłośnikiem popkultury klasy B z przełomu lat 80. i 90.