Lemire idzie więc śladami Alana Moore’a i Franka Millera - opowiada o niezwykłych ludziach uwikłanych w zwykłe życia. A że ma do tego talent, wychodzi mu więcej niż dobrze. Dopieszczeni zostają też fani wojowników w trykotach, bo akcja regularnie przenosi się w przeszłość, by pokazać czytelnikowi kim w swoim świecie byli uwięzieni herosi. Komiks wydało w USA Dark Horse, więc nie są to oczywiście Superman czy Kapitan Ameryka, ale większość nawiązań jest bardzo czytelna. Zaś Lemire okazuje się być scenarzystą nie tylko wrażliwym na rozterki zwykłych obywateli, ale i zakochanym w spandexie nerdem, oddającym w tych retrospekcjach hołd komiksom Złotej i Srebrnej Ery. Całość została zilustrowana przez Deana Ormstona, a kolory nałożył sam Dave Stewart, którego kojarzycie z mnóstwa innych tytułów (przede wszystkim z „Hellboya”, „Fight Clubu” i kilku komiksów o Alienach).Jeżeli zaś potrzebujecie w swoim życiu klasyczniejszego podejścia do superbohaterów, ale wciąż jesteście zainteresowani naprawdę dobrymi scenariuszami, to zainteresujcie się dwoma tomami „Miraclemana” wydanymi przez Mucha Comics. Szczególnie pierwszy z nich, w którym większość scenariuszy napisał Alana Moore, jest wspaniałym przykładem tego, że nawet najbardziej oklepane motywy mogą być porywająco napisane. Komiks jest też świetnym wprowadzeniem do całej późniejszej twórczości Moore’a. Wiąże się z nim także kawał skomplikowanej historii światowego komiksu, bo Moore, jak to Moore, najpierw stworzył arcydzieło, w którym przedefiniował ikonę popkultury, a później pokłócił się z wydawnictwem i wycofał ze stopki swoje nazwisko. To dlatego komiks podpisany jest dziś przez tajemniczego „Pierwotnego scenarzystę”. Drugi tom, napisany przez Neila Gaimana, nie jest aż tak dobry, ale to wciąż superbohaterska ekstraklasa. Gorąco polecam! (oba tomy przetłumaczył T. Sidorkiewicz)Pozostając jeszcze w okolicach superbohaterów, spieszę donieść, że „Gotham Central” (wyd. Egmont, tłum. J. Drewnowski) doczekało się ostatniego, czwartego tomu. Warto. Gotham widziane oczami zwykłych gliniarzy jest o wiele ciekawsze i prawdziwsze niż to oglądane zza maski Batmana. Głównymi atrakcjami tego tomu są dwie dłuższe opowieści: „Martwy Robin” i „Corrigan”. Pierwsza, napisana przez duet Greg Rucka & Ed Brubaker opowiada, jak łatwo się domyślić, o dochodzeniu w sprawie martwego chłopaka w stroju Robina, znalezionym na ulicach Gotham.Druga, napisana już w pojedynkę przez Ruckę, skupia się na Jimmym Corriganie, skorumpowanym techniku śledczym, stojącym za wieloma nieudanymi śledztwami Wydziału Poważnych Przestępstw. Mnie osobiście ucieszyły też nowelki autorstwa Rucki i Steve’a Liebera, bo jest to duet, który cenię jeszcze z dwutomowej serii „Zamieć” (pamiętacie jaką to miało nieudaną ekranizację?!).Dla fanów klimatu noir wydawnictwo Non Stop Comics ma serię „Zabij albo zgiń” autorstwa Eda Brubakera, Seana Philipsa i Elizabeth Breitweiser (tłum. P. Braiter). To opowieść o zwykłym facecie, zawierającym pakt ze Złym. W zamian za ocalenie życia, zgadza się zabijać złych ludzi, przywdziewa czerwoną balaclavę, zdobywa broń i rusza w miasto. Pierwszy tom jest niestety dość stereotypowym wprowadzeniem do opowieści o zgniłym, współczesnym mieście i samotnym mścicielu ze skomplikowaną motywacją. Ale talent pisarski Brubakera sprawia, że wchłania się to jednym tchem i ma ochotę na więcej. Jeżeli dalej będzie choć trochę bardziej oryginalnie, to będzie dobrze.Serią, którą polecałem na tych łamach, a która właśnie się kończy jest „Blame!” Tsutomu Niheiego. Warto też wspomnieć, że wydawnictwo JPF najprawdopodobniej zacznie wydawać w tym roku „Akirę” w przystępnym, sześciotomowym formacie. Jeżeli nie czytaliście poprzedniego, 19-zeszytowego wydania, to przygotujcie portfele, bo „Akira” to jeden z najlepszych komiksów, jakie kiedykolwiek wyszły, do tego bardzo różny od filmowej adaptacji. Pomijając spoilery, zdradzę tylko, że zagłada Neo-Tokio, która jest punktem kulminacyjnym filmu, następuje mniej więcej w 1/3 komiksu, a dalsza akcja rozgrywa się w ruinach miasta. Jeżeli zaś macie ochotę na ambitny japoński komiks już teraz, to przeczytajcie „Idącego człowieka” Jirō Taniguchiego (wyd. Hanami, tłum. R. Bolałek). To naprawdę niezwykły tytuł, którego główny bohater - szary człowiek w średnim wieku - po prostu spaceruje z psem. Wydawałoby się, że nie może być w tym nic ciekawego, ale Taniguchiemu udało się uchwycić kontemplacyjny zachwyt zwyczajnością, codziennością i przyrodą.Czytanie tych nowelek (w których, ostrzegam uczciwie, nie dzieje się prawie nic poza spacerowaniem i podziwianiem widoków) sprawiało mi niesamowitą frajdę. Bo jak często mamy dziś okazję usiąść, uspokoić się i po prostu zamyślić nad niesamowitością świata?A w polskim kąciku trochę kiepskiej pornografii. Przez wasze facebookowe ściany mogły przewinąć się wzmianki o projekcie „Polish Porno Graphics”, za którym stali ludzie z wydawnictwa Planeta Komiksów. O akcji było głośno, bo na wydanie zbioru pornograficznych nowelek autorstwa polskich rysowników, udało się zebrać środki na serwisie Indiegogo. Później jednak akcja została anulowana, gdyż okazało się, że zbieranie kasy na pornografię kłóci się z regulaminem serwisu. Pomimo porażki, album ujrzał światło dzienne… i jest cholernie rozczarowujący.