Berliac to artysta o niezwykle ciekawym podejściu do sztuki. Nad „Sadbøiem” pracował w Berlinie i, by lepiej wczuć się w rolę imigranta, przez pewien czas żył bez ważnego paszportu i konta bankowego. Został także przyłapany na kradzieży przyborów do rysowania. Sam komiks miał zostać wydany w Ameryce przez słynną oficynę D&Q, ale gdy tylko to ogłoszono, wydawnictwu przypomniano niefortunne wpisy na blogu autora, w których obrażał transseksualną koleżankę po fachu. I premierę odwołano. Interesująca jest także kreska, którą Beralic się posługuje. Mimo iż to Argentyński artysta, tworzący w Europie, jego pracom najbliżej do mangi. Tyle że nie tej masowej, a do artystycznej gekigi. Mnie osobiście styl „Sadbøia” kojarzy się z twórczością Yoshiharu Tsuge’ego, ale w sumie o gekigi wiem bardzo niewiele.Zadziorność charakteru Berliaca z pewnością przedostała się do jego albumu. Bo „Sadbøi” to komiks przede wszystkim o niedopasowaniu. Główny bohater jest człowiekiem, który nie pasuje do żadnego schematu. Nie jest ani stereotypowym, leniwym imigrantem, żerującym na zasiłkach, ani doskonale zasymilowanym obywatelem, wdzięcznym swej nowej ojczyźnie. Drwi z oczekiwań, które pokłada w nim jego opiekunka, ale jednocześnie sprawia wrażenia autentycznie wdzięcznego za wszystko, co dla niego zrobiła. Nie jest to też z pewnością artysta, jednak w finale udaje mu się zadać kilka niewygodnych pytań na temat granic performance’u i naiwności współczesnego rynku sztuki. Szkoda tylko, że Berliacowi nie starczyło cierpliwości, by głębiej pogrzebać w pozach Sadbøia. Bo mógł to być komiks naprawdę intrygujący, wielowarstwowy, a jest tylko drażniący. „Sadbøi” zadaje odpowiednie pytania i wbija szpile w czułe punkty, ale ogranicza swoje ambicje do niszczenia i demaskowania, nie proponując żadnych sensownych odpowiedzi, ani własnego programu. I choć, jak podejrzewam, takie było założenie autora, ja kończyłem lekturę z poczuciem niedosytu.Na koniec, w kąciku poświęconym polskim komiksom, pozwolę sobie na odrobinę prywaty. Pod koniec grudnia ukazał się trzeci numer zina „Warchlaki” prowadzonego przez Jerzego Łanuszewskiego i Barbarę Okrasę. To obecnie chyba najciekawszy zin na naszej scenie komiksowej, na którego łamach publikuje wielu uznanych komiksiarzy i tych, którzy się świetnie zapowiadają. Tematem najnowszego numeru są traumy z dzieciństwa i lata 90. Znalazł się w nim komiks autorstwa mojego i Katarzyny Niemczyk (nasz człowiek w Marvelu i Dark Horse). Ale jego akurat nie zamierzam zachwalać. Byłoby niezręcznie. Nie mam za to żadnych zahamowań, by polecać komiksy innych autorów. Chociażby cudowną, jednoplanszówkę autorstwa Rocha Urbaniaka, któremu udało się przypomnieć chyba wszystkie strachy wczesnych najtisów. Albo surową dwustronicową miniaturę Jerzego Łanuszewskiego i Kamila Targosza o bezrobotnym, który spłonął żywcem. Albo autentycznie zabawną i świetnie narysowaną grę planszową w „odejdź z korporacji” Roberta Sienickiego i Jana Mazura. Albo autobiograficzny komiks o nastoletnich myślach samobójczych Anny Krztoń. Albo intrygującą formalnie „rozkładówkę” Roberta Popieleckiego i Michała Arkusińskiego. Albo melancholijne (i trafiające w zaskakująco czułe punkty) fotostory Pawła Kędziory. Naprawdę, bardzo dużo dobrego kontentu dla każdego, kogo interesuje komiks, że się tak wyrażę, nieoczywisty.