Jestem na samym dole mrocznego lasu, na bocznej ścieżce. Widzę już ognisko, ale nagle przesłania je mgła. Wiem, co to oznacza - gra laguje, jak zawsze, ale zaraz pojawi się komunikat o inwazji. Jestem na uboczu, decyduję się przeczekać. Las jest gęsty, może najeźdzca mnie nie znajdzie. Staję plecami do skalnej ściany. Noszony czarny strój ninja sprawia, że ledwo mnie widać. Dokładam Ring of Fog, stapiam się z otoczeniem. Słyszę go. Odgłos czaru wzmacniającego broń. Potem kroki. Stoję bez ruchu. Wyjmuję tylko różdżkę. Mam czas na czar lub dwa, zanim mnie zauważy. Widzę go. Nie zorientował się. Umieszczam na nim celownik i wywalam dwie Crystal Soul Spear. Znika mu jakieś 80% życia. Słabsze Soul Spear rozbijają się o skałę, bo zaczął uciekać. Biegnie, aż się kurzy, a ja idę powoli i ciskam czarami niczym bóg piorunów. Wiem, że pewnie go nie zabiję, bo słyszę, jak leczy się w oddali. Niehonorowo, ale honor odszedł z Lordran. Istotnie, czary się kończą. Wyciągam miecz, ale grę tak zlagowało, że koleś pojawia się za mną. Oczywiście Giant Dad. Zadaje ten swój cios w plecy, a ja cieszę się, że w sumie mogę iść dalej. Gdybym nie zamienił pierścienia wzmacniającego czary na Ring of Fog może byłoby inaczej. Nic to, wysyłam mu tylko wiadomość, choć zwykle tego nie robię: