Nękające mieszkańców miast podejrzane koszmary albo dziwaczne i niebezpieczne odkrycie w kolegium magów. W stolicy prowincji straszy widmo powrotu przedwiecznej despotki, a i organizacje działające mimo prawa przeżywają właśnie swoje kryzysy - problemy mają zarówno Mroczne Bractwo, jak i Gildia Złodziei. Do tego wszystkiego bywa że panujący nad marchiami Jarlowie podsyłają mi liściki, w których w zamian za wyczyszczenie obozowiska nękających podróżnych gigantów czy bandytów, obiecują pękate sakiewki. Nie żeby w istocie płacili wybitnie dobrze, ale cenię sobie te drobne zlecenia przez wzgląd na wiążący się z każdą misją łup.Prawda jest zresztą taka, że i bez dodatkowych zleceń ręce mam pełne roboty. Choć właśnie galopuję ośnieżoną górską przełęczą z misją dla próbujących przeciwstawić się smoczemu kryzysowi Ostrzy, ciężko powstrzymać mi się przed zwiedzeniem dostrzeżonego opodal dwemerskiego kompleksu. Lochy, jaskinie i ruiny są wszędzie. Pośród zielonych sosen otaczających skryte na południu Falkret, w umiarkowanym, jesiennym klimacie strzegącej wschodniej granicy Pękniny, na zlodowaciałej północy i gnębionym przez prymitywne plemiona zachodzie. Za każdym wzgórzem czeka przygoda.Nie jestem już oczywiście gołowąsem, który z podkulonym ogonem uciekał z Helgen. Smoczym językiem władam nie gorzej niż medytujący na Wysokim Hrothgarze mistrzowie Thu’um, Szarobrodzi, co, może nieco wbrew ich nauce, chętnie wykorzystuję w walce. Nie ma to jak do pomocy w eksterminacji obozowiska nekromantów przywołać sobie atakującą piorunami burzę. Mogę też zakląć swe ramiona Furią Żywiołów i zadawać ciosy z mocą i szybkością huraganu, jeśli kto byłby na tyle sprytny, żeby dobiec do mnie, zanim zdążę go ustrzelić ze swojego ulubionego, przywołanego z innego wymiaru, zaklętego łuku. Zresztą to głównie kwestia urozmaicenia, równie dobrze mógłbym potraktować go zaklęciem paraliżu, lub najzwyczajniej w świecie zdmuchnąć ze skalnej półki gromkim Fus Ro Dah! Ale w gruncie rzeczy to rzadkość. Na ogół preferuję cichą eksterminację, a w razie wykrycia przywołuję do pomocy Lorda Dremor i Burzowego Atronacha, którzy skutecznie odciągają uwagę wroga, pozwalając mi spokojnie mierzyć strzały.Choć większość życia spędzam w drodze, czasem wracam do swojego domu w Białej Grani. To dość skromna rezydencja, mam i większe, ale ta pozostaje ulubioną, pierwszą. To tutaj warzę magiczne mikstury i zaklinam ekwipunek, który wspomaga w walce mnie, lub innych poszukiwaczy przygód, jeśli akurat planuję przeznaczyć go na sprzedaż. Może gdyby bardziej interesowało mnie kowalstwo, częściej bywałbym w którejś z większych posiadłości, które można wyposażyć nawet w osobistą kuźnię. Ale zanim zacznę wyrabiać własne pancerze, wybuduję chyba własny dom. Jarl Morthal widziałby mnie w roli miejscowego szlachcica, a ja nie miałbym nic przeciw połaci ziemi pod willę z widokiem na morze.Nie żebym planował osiąść na stałe, gdzieżby tam. Lubię swoje przygody i wypraszam sobie żarty o strzale w kolano! Chociaż… Kiedy brakuje mi alchemicznych składników, gdzieś przy rynku często mijam Ysoldę. Nie dość, że ładnie się uśmiecha, to po prostu przedsiębiorcza z niej dziewczyna. Lydia chyba się nie obrazi?