Destiny: Rise of Iron - recenzja. Recykling w służbie wiecznej zabawy

Destiny: Rise of Iron - recenzja. Recykling w służbie wiecznej zabawy
03.10.2016 11:02
Destiny: Rise of Iron - recenzja. Recykling w służbie wiecznej zabawy
Maciej Kowalik
Maciej Kowalik

Ostatnia duża przygoda w świecie Destiny do czasu sequela.

Rise of Iron to ostatni już płatny dodatek do Destiny. Pierwszy dostępny jedynie na konsole nowej generacji. Kolejny, w którym gracze dostają jeszcze więcej tego samego, tylko podanego nieco inaczej. To dodatek, który świetnie pokazuje, że recykling w grach niekoniecznie musi oznaczać coś złego. Dla mnie, jako niedzielnego fana Destiny, dodatek świetny i spełniający wszystkie moje oczekiwania. Dla hardkorowców, spędzających kilka godzin dziennie w świecie Destiny, może być nieco za mały.

Platformy: PS4, Xbox One

Producent: Bungie

Wydawca: Activision

Dystrybutor: cdp.pl

Data premiery: 20.09.2016

PEGI: 16

Graliśmy na PS4. Obrazki pochodzą od redakcji. Recenzent kupił grę.

Destiny – tak tytułem małego wyjaśnienia – towarzyszy mi od prawie półtora roku. W tym czasie, jak na casuala przystało, spędziłem w grze ponad dwieście godzin, uczciwie podzielonych między główne dostępne aktywności. Mimo że brak czasu nie pozwala mi często na udział w najtrudniejszych misjach, bawię się świetnie i kompletną lamą nie jestem. Destiny to jedna z niewielu gier, do których wracam po przerwach i która potrafi nagrodzić mnie nawet za spędzenie z nią kilkunastu minut.Po wyjściu dodatku niewiele się zmieniło. Gram oczywiście więcej, bo nowość jednak bardziej ciągnie i zachęca, ale doświadczenie i dotychczasowe wrażenia z Rise of Iron podpowiadają, że za paręnaście dni wszystko wróci do normy. Będę wskakiwał do gry codziennie albo co kilka dni, porobię codzienne aktywności, zgarnę – albo nie – jakieś przydatne przedmioty i po kilkunastu lub kilkudziesięciu minutach zabawy, wyłączę grę. Nic w tym złego, nie spodziewałem się rewolucji i jej nie dostałem. Dostałem za to nowe wyzwania, nowe zadania, nowy sprzęt i – co bardzo ważne – nadal dobrze się bawię korzystając z możliwości dostępnych jeszcze przed Rise of Iron.

Pierwsze wrażenia z nowego dodatku wiążą się oczywiście z rozegraniem jego fabuły. Znając Destiny wiadomo, że nie należy się tu spodziewać historii zrywającej kapcie ze stóp. Faktycznie, Rise of Iron nie jest pod tym względem wyjątkowy. Opowiedziana na ekranie historia jest krótka i tak naprawdę stanowi jedynie pretekst do odblokowania nowej zawartości. Misje te jednak mają dla mnie trochę inny cel – prezentują nowe obszary, nowych przeciwników i pokazują, czego można się spodziewać grając już na poważnie.

Misje fabularne, mimo że króciutkie, to przy graniu solo dają sporo charakterystycznej dla Destiny radochy. Znów doceniłem mistrzowskie udźwiękowienie. Doskonałe połączenie muzyki z toczącą się na ekranie akcją. Odgłosy strzelania, wybuchy, dźwięki tła, utwory – zapętlane, kiedy to potrzebne – to wszystko tworzy doskonały miks dzielnie wspierający oprawę graficzną. Pod tym względem Rise of Iron wykonano solidnie. Rezygnacja ze wspierania poprzedniej generacji konsol pozwoliła twórcom odrobinę bardziej rozwinąć skrzydła przy projektowaniu nowych lokacji.

No i fakt, jest ładnie, ale nie zauważyłem jakiejś kosmicznej różnicy w oprawie graficznej. Nie jest też aż tak ładnie jak w Taken King – tamtejsze lokacje przy pierwszym kontakcie robiły na mnie ogromne wrażenie. W Rise of Iron chyba ani razu nie trafiłem na moment, w którym przystanąłem i patrzyłem na piękne widoki.Nadal niepobitą dla mnie sceną z Destiny jest pierwsza wizyta w Czarnym Ogrodzie – do tej pory, a grałem tę misję kilkanaście razy, robi na mnie wrażenie. Kolorystka, światło, dźwięk – potrafią zrobić klimat. W Rise of Iron jest pod tym względem dobrze, ale nie oszałamiająco. Archon’s Forge wygląda przepięknie, Giant’s Husk robi wrażenie rozmachem. Rewelacyjnie zwiedza się stare lokacje z Kosmodromu, przykryte dywanem śniegu i obsadzone przez nowych przeciwników.Wyśmienitym pomysłem jest możliwość powrotu do znanych, lekko zmodyfikowanych lokacji. Gracz może teraz pójść tam, gdzie wcześniej była „ściana”. Owszem, mamy tu do czynienia z recyklingiem, ale wykonanym na tyle rzetelnie, że nie ma mowy o zażenowaniu. Nowy, poprawiony Sepiks Prime to na chwilę obecną jeden z moich ulubionych strajków. Zmienione lekko lokacje, zmieniony sam Sepiks i zmieniona muzyka przy finałowej walce sprawiają, że naprawdę zacząłem wierzyć, że recykling można robić dobrze, nawet w grach wideo.Troszkę gorzej przedstawia się ta kwestia nowych – starych przeciwników. Takeni w Taken Kingu byli świetnym przykładem, jak można to zrobić dobrze. Bazując na znanych jednostkach, Bungie stworzyło nowy rodzaj wrogów zachowujących się inaczej, wymagających innego podejścia. Dziś, gdy Takeni są codziennością, wprowadzenie Splicerów nie czyni żadnej rewolucji. Powiedzieć, że są Fallenami na sterydach, to powiedzieć wszystko. Walcząc z nimi nie odczuwam w ogóle, że to coś nowego. Patrząc jak walczą z Fallenami przy Bunkrze Tryglav, nie wiem, po której stronie są nowi, a po której starzy przeciwnicy. Liczyłem na więcej.

Jest jeszcze jedna kwestia związana z recyklingiem w Rise of Iron, jak dla mnie całkiem pozytywna. Linie zadań związane ze zdobyciem Gjallahorna i egzotycznej wersji starego Khostova są krótkie, ale intensywne, trzymają się przysłowiowej kupy, a dają nam w nagrodę przedmioty, które przecież nowe nie są. Gjallahorn to legenda z roku pierwszego, matka wszystkich wyrzutni rakiet – starsi gracze mają go od dawna, ci którzy nie zdążyli albo dopiero zaczynają zabawę z Destiny, mogą go zdobyć teraz.

Khostov w wersji z roku pierwszego nie był żadną rewelacją, pierwszy gnat, z którego strzelaliśmy, szybciutko zastąpiony inną pukawką. W egzotycznej wersji z trzeciego roku prezentuje się jako naprawdę ciekawa, w miarę uniwersalna zabawka. Ja osobiście tak właśnie widziałbym rozwój systemu broni w Destiny – wielofunkcyjne pukawki z opcją szybkiej zmiany konfiguracji mogłyby sprawdzić się całkiem fajnie.O nowym rajdzie niestety nie powiem wam zbyt wiele z pierwszej ręki. Do poziomu światła potrzebnego, by w ogóle zacząć zabawę dobiłem w zasadzie dopiero wczoraj, a znając moją umieralność, muszę pogrindować jeszcze trochę, żeby nie padać jak mucha. Słyszałem sporo pozytywnych opinii o Wrath of the Machine – a jedyne narzekania, jakie do mnie dotarły, pochodziły od ludzi, którzy jeszcze za wiele nie zrobili, ale zirytowali się faktem, że hardkorowe grupy graczy nie tylko błyskawicznie ukończyły rajd, ale też zrobiły to w sposób raczej przez twórców nieprzewidziany (np. w trzy osoby). Sam mam zamiar przekonać się za tydzień, jaką zabawę daje WotM, muszę jeszcze trochę pogrindować.I tym samym dotarłem do sedna Rise of Iron, do sedna całego Destiny, do grindu. Trochę się w tej kwestii pozmieniało – moim zdaniem na dobre. Zdobywając zwykłe niebieskie przedmioty i engramy, możemy bez problemu dość szybko podnieść poziom światła do poziomu 340. Do 350 możemy dobić za pomocą przedmiotów zdobywanych za zadania i kupowanych u sprzedawców za Legendary Marks czy Strange Coins. Wyżej pozostaje już rozkodowywanie fioletowych i złotych engramów. Mamy przy tym pewność, że nie otrzymamy w ten sposób przedmiotu na poziomie niższym niż nasz aktualny; zazwyczaj jest to poziom wyższy.Tak więc wykonując zlecane przez nowych NPC zadania tygodniowe, realizując zadania codzienne i korzystając z tygodniówek PvP oraz tradycyjnie za pomocą playlist Vanguard, mozolnie pniemy się w górę poziomu światła. Bodaj przy poziomie 365 punktów należy już poważnie myśleć o braniu udziału w rajdzie, bo jak na razie to chyba on jest najlepszym źródłem przedmiotów pozwalających jeszcze bardziej podnieść poziom. Za parę tygodni sytuacja zapewne się zmieni, pojawi się wersja hard rajdu, zapewne pojawią się w nim też wyzwania – podobnie jak w przypadku King’s Fall. Dla kogoś grającego tyle co ja, parę godzin w tygodniu, oznacza to wiele miesięcy gry, aby zakończyć wszystkie aktywności przewidziane przez twórców. Wydaje mi się to całkiem fajną perspektywą, szczególnie że w Destiny naprawdę jest z kim grać – matchmaking z losowymi ludźmi działa świetnie, a aktywne np. na Facebooku grupy pozwalają znaleźć mniej anonimowe towarzystwo, które przy niektórych zajęciach jest po prostu wymagane.Podoba mi się, jak na razie, że stare - lekko zmodyfikowane - aktywności mają w Rise of Iron rację bytu, to daje jeszcze więcej możliwości grindu. Z nowości natomiast muszę wymienić cotygodniowe zadania od archiwistki, cotygodniowe zadania od Shiro oraz nowy obszar, podobny nieco do Court of Oryx z Dreadnoughta.Od archiwistki, przynajmniej jak na razie, dostajemy co tydzień zadanie, za które nagrodą jest żeton. Za żeton ów możemy co tydzień kupić inny artefakt dla naszego Guardiana. Artefakty – nowość w RoI – posiadają różne specjalne moce. Ja do tej pory przetestowałem przeciąganie przeciwnika na swoją stronę po ciosie pięścią oraz artefakt likwidujący możliwość użycia mocy specjalnej, za to dającego podwójny ładunek granatów i specjalnych ciosów wręcz. Niby nic, ale na przykład w moim buildzie, gdzie za zabicie pięścią albo shotgunem włącza się tarcza, doskonałą opcją jest posiadanie ciągle naładowanego ciosu wręcz kosztem braku możliwości stawiania bańki.Do tej pory widziałem sześć różnych artefaktów (bo rotacja jest klasyczna dla Destiny – co tydzień zmiana) i z chęcią potestuję ich możliwości na własną rękę – potrzeba na to tylko kilku tygodni. Mam czas. Shiro zleca nam zadania związane z nowym obszarem, Plaguelands. Jego tygodniowe zlecenie przybiera formę listy zadań patrolowych, które należy wykonać. Oprócz tego pojawiają się np. zlecenia związane z Archon’s Forge.To nowa aktywność dostępna na obszarze o tej samej nazwie. Po dotarciu tam należy skorzystać z komputera, poświęcić klucz, o którym wspominałem wcześniej, a potem strzelać, strzelać i jeszcze raz strzelać. W skrócie zabawa polega na szybkim wykończeniu fal w miarę normalnych przeciwników, a następnie rozprawieniu się z bossem lub bossami. O ile w wersji na poziomie 320 jest to zabawa całkiem łatwa i przyjemna, to już przy poziomie 360 zaczynają się schody i w zasadzie najlepiej podchodzić do zabawy z sześcioma osobami dostępnymi na obszarze. Zabawa jest całkiem fajna, potrafi dać dobre nagrody. Szkoda więc, że na raz można mieć przy sobie jedynie jeden przedmiot uruchamiający wyzwanie.Niby nie jest tych nowości wiele, ale poskładano je na tyle sprytnie, że człowiek znów czuje radochę z powtarzania w kółko tych samych czynności. Zdobywamy przy okazji nowe uzbrojenie, nowe pancerze, z czasem również specjalne pakiety pozwalające nadawać niektórym egzotycznym spluwom jeszcze bardziej egzotyczny wygląd. Możliwość zdobycia starych-nowych egzotycznych broni też jest całkiem fajną opcją, bo nie wymaga wielkiego nakładu czasu. Jestem przy tym przekonany, że gracze jeszcze nie odkryli wszystkiego – lub Bungie nie wszystko jeszcze w grze aktywowało. Nie trafiono dotąd na zadania takie jak to związane ze Sleeper Stimulantem albo Black Spindlem, ale to przecież wcale nie znaczy, że w Rise of Iron ich nie ma.Nie wiemy jeszcze wszystkiego – nawet ze stałych aktywności na razie ruszyło dopiero Trials of Osiris. We wtorek zacznie się pierwszy po premierze Iron Banner. Wiadomo już, że zadania do zdobywania reputacji będą skonstruowane w inny niż wcześniej sposób – podobny jak ma to miejsce u Shiro i Shaxxa. Wiadomo też, że pierwszy Iron Banner zostanie rozegrany w trybie Supremacy – wprowadzonym w Rise of Iron.

Jeśli do tej pory nie zorientowaliście się, że polecam Rise of Iron, to teraz mówię to otwarcie. Nie jest to dodatek idealny, mam wrażenie że trochę sobie odpuszczono na przykład projektowanie nowych przeciwników. Nie jest to też dodatek, który sprawi, że ilość graczy utrzyma się na stałym poziomie do premiery Destiny 2. Część ludzi spędzi przy nim tydzień, część kilkanaście wieczorów, część będzie regularnie wracać jeszcze przez długi czas. Jeśli wcześniej w Destiny nie graliście, to mogę was zapewnić, że do tej pory, niezależnie od czasu jaki upłynął od poprzedniego dodatku, w grze nie było najmniejszych problemów ze znalezieniem graczy – zarówno do PvE jak i do PvP. Sam nie wiem, czy chciałoby mi się rozwijać postać od zera po raz kolejny, ale za pierwszym razem było to na tyle fajne doświadczenie, że każdemu polecam spróbowanie.Nie zgadzam się też, że dodatek jest drogi. Posiadając dostępną wcześniej zawartość, płacimy 125 złotych, to nie jest majątek nawet, jeśli zabawa miałaby się znudzić po tygodniu – zawsze przecież można wrócić za jakiś czas. Dla zaczynających przygodę z Destiny całość kosztuje tyle, co jedna nowa gra, a jest już w tym momencie wypchana zawartością po brzegi.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (6)