Cóż, tak naprawdę to nie jest. Dwójka w tytule wynika raczej z konieczności, by trzyletnia gra wreszcie doczekała się sequela. Zawartość jej nie usprawiedliwia. I mam wrażenie, że sequel najbardziej docenią ci, którzy w jedynkę grali najkrócej. Którzy może nie widzieli jeszcze Pochwyconych, walczyli nie tyle z wrogiem co z wariującymi systemami gry, ziewali w trakcie fabularnej kampanii i rozkładali ręce, widząc jak niewiele jest po niej do roboty.Ale nie ma co popadać w marazm. Bo to, czego Destiny 2 nie nadrabia zupełnie nową jakością, nadrabia - po wielokroć - ilością. I wykonaniem. To ten typ gry, w której zawsze jest coś do zrobienia. Każda z lokacji ma teraz swój codzienny zestaw wyzwań, co jest przyjemną pułapką. Odpalając grę "tylko na dejlisy", lepiej mieć zapas wolnego czasu, bo ona poprostu tak łatwo nie puszcza. I pewnie, że można rozpatrywać to pod kątem uzależniających systemów, w których jakaś nagroda jest zwykle o centymetry paska postępu od gracza. Ale ja wolę rozpatrywać to w kategoriach frajdy, jaką sprawia zaliczanie tych wszystkich rzeczy, zdobywanie egzotycznego sprzętu czy uzbrojenia i patrzenie jak rośnie poziom mocy postaci.A ta frajda jest olbrzymia, bo wciąż mówimy przecież o strzelance od Bungie. Co oznacza m.in. że przeciwnicy nie stoją jak kołki. Korzystają ze swoich specjalnych umiejętności, chowają się, czasem wydają się nawet współpracować. Zwykle wielkiej krzywdy nie robią, ale i tak miło się na nich poluje. Zwłaszcza, że headshoty smakują tu wybornie, a mocarne uderzenia z piąchy kładą prawie każdego wroga, który nie przerasta dwukrotnie strażnika. Granaty też są potężne. Jak w Halo. Jak u Bungie. A do tego zachowują się różnie w zależności od wybranej klasy i podklasy, bo te wybory modyfikują nawet podstawowe akcje. Szkoda tylko, że w sequelu nie doczekaliśmy się zupełnie nowej klasy strażnika.