W Destiny 2 Bungie wreszcie tchnęło ducha w papierowy świat z pierwszej gry. Ile misji wystarczało wtedy, by wynudzić entuzjastę ciągłą obroną "dinklebota" hackującego jakiś komputer? Na samą myśl chce mi się ziewać. Deweloper zarzucał gracza toną informacji, które jednym uchem wpadały, a drugim wypadały. Ani dobro, ani zło nie miały wtedy twarzy. W sequelu to się zmienia.Twarz zła poznaliśmy bliżej już w becie. To Ghaul, dominus Czerwonego Legionu Kombinatu, który marzy o nieśmiertelności jaką może dać mu moc Wędrowca. Tej wielkiej kuli, która przez całą pierwszą grę wisiała, zapomniana przez scenarzystów, nad ostatnim miastem na Ziemi. Kuli, o której Bungie wreszcie zdecydowało się powiedzieć to i owo, ustami porwanego z wieży strażników Mówcy. Jego słowne starcia z Ghaulem obserwujemy w klimatycznych scenach pomiędzy misjami. Kto miał dominusa za kolejnego tępego mięśniaka, ten szybko zmieni zdanie. Swoim wyrachowaniem potrafi wrzucić ciarki na plecy i przez długi czas faktycznie trudno wypatrywać tu happy endu.Zwłaszcza, że atak Ghaula na Wędrowca kosztował Strażników ich światło, a więc i moce. Oczywiście gracz jest tym hiperwybrańcem, który je odzyska. Ale Zavala, Ikora, Cayde i pozostali muszą po raz pierwszy zmierzyć się z faktem, że zostało im ostatnie życie. I wyobraźcie sobie, że nie wszystkim pali się, by ryzykować je w straceńczym ataku na kontrolowane przez Ghaula miasto. Niegdysiejszych strażników zawstydzają zwykli ludzie, którzy zorganizowali ruch oporu czy pomoc uchodźcom ze zdobytego miasta. Niegdysiejsi bohaterowie, patrzący na nie dumnie z wysokości własnej wieży, rozpierzchli się po kosmosie. Oczywiście wiecie, kto będzie musiał ich zjednoczyć, prawda?