Dark Sector - recenzja

Strona głównaDark Sector - recenzja
21.04.2008 22:33
Dark Sector - recenzja
marcindmjqtx
marcindmjqtx

Dark Sector to pierwsza gra zapowiedziana na obecną generację konsol. Jej niedawna premiera pokazuje, że proces developingu trwał odrobinkę dłużej niż powinien. Autorzy - Digital Extremes - już w trakcie prac zupełnie zmienili koncepcję tego tytułu i zrezygnowali z konwencji Sci-Fi na rzecz bliższych nam realiów. Czy podjęli dobrą decyzję? Trudno powiedzieć, w końcu zarzucony pomysł również dawał nadzieję na sukces. Na szczęście Dark Sector, który otrzymali posiadacze PLAYSTATION 3 i Xboksa 360 nie rozczarowuje. Zapraszam do recenzji.

Dark Sector wrzuca nas w skórę Haydena Tenno, jednego z agentów wojskowej organizacji, mającego za zadanie powstrzymanie demonicznego staruszka, któremu panosząca się zaraza poluzowała kilka klepek w głowie. W trakcie dość mocnego rozpoczęcia gry, nasz bohater również zostaje zarażony wirusem, co w jego przypadku skutkuje mutacją ręki i pojawieniem się zabójczego ostrza, znanego z wszelkich materiałów marketingowych odnośnie tego tytułu. Ma na podorędziu odtrutkę, ale jakoś nie spieszy mu się do rozstania z tym morderczym narzędziem. Fabułę Dark Sector można krótko streścić „historia jakich wiele”. Nie zachwyca, ale również nie przeszkadza. Szkoda jednak, że sposobem przedstawienia przypomina odrobinę Gears of War (i to nie jest komplement). Od czasu do czasu będziemy bowiem świadkami scenki przerywnikowej, w której Hayden załatwia swoje sprawy z drugoplanowymi aktorami Dark Sector, ale poruszane w nich wątki są tak poszatkowane, że gracz właściwie nie ma szans poskładać tego w sensowną historię, bez dopowiadania sobie kolejnych kawałków opowieści. Dark Sector definitywnie nie należy do gier napędzanych przez fabułę.

To jeden z tych tytułów, które stawiają po prostu na frajdę płynącą z rozgrywki i muszę powiedzieć, autorzy postawili na właściwego konia. Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że to nie Hayden a właśnie wspomniane wcześniej ostrze jest głównym bohaterem Dark Sector. Oprócz szatkowania wrogów, niczym piekielny bumerang, służy ono także do rozwiązywania większości zagadek logicznych. Jeśli nie będziecie wiedzieli co zrobić, to polecam rozejrzenie się za jakimś punktem proszącym się o celny rzut - gra sama w sobie jest bardzo oszczędna jeśli idzie o rozmaite podpowiedzi w takich sytuacjach. Na szczęście większość przygody nie jest zbyt skomplikowana i polega na systematycznym eliminowaniu nadciągających wrogów.

Nie są oni zbyt różnorodni (podział na żołnierzy, zombie i mutantów w zasadzie wystarcza), nie grzeszą również nadzwyczajną SI. Potrafią co prawda współpracować, zachodzić Haydena od tyłu czy przycisnąć go granatami (tym gazowym towarzyszą niesamowite efekty kolorystyczne), ale zdecydowanie zbyt często wolą tkwić w (ich zdaniem bezpiecznym) miejscu do momentu egzekucji.

Główny bohater również musi korzystać z rozmaitych przeszkód terenowych. Mechanika przylepiania się do osłon po raz kolejny przywodzi na myśl skojarzenia z Gears of War. System zastosowany w Dark Sector jest żywcem z niego zdjęty (wliczając te same wady i zalety) z tą różnicą, że Hayden nie potrafi strzelać ani korzystać z ostrza na ślepo. Mało to logiczne, ale zabawa zdecydowanie warta jest przyjęcia kilku pocisków na zbroję, zwłaszcza, że wraz z postępami choroby, Hayden nabywa nowe moce, które sprawiają, iż ostrzał jest mu nie straszny. Wróćmy jednak do "bumerangu”.

Mocniejszy rzut, połączony ze sterowaniem torem lotu ostrza w zwolnionym tempie powoduje, że głowy nieszczęśników, którzy stanęli mu na drodze lądują w krwawej kałuży. A to dopiero początek. Naszą, nietypową mutację możemy „doprawić” ogniem, lodem oraz elektrycznością. Nie muszę chyba mówić jak bardzo pomaga to w walce z większymi grupami przeciwników (prąd i woda to zabójcza kombinacja), ale co powiecie na zamrażanie cieknącej wody i tworzenie z nich lodowych kolumn dających schronienie?

Szkoda, że autorzy nie włożyli tyle pracy w pojedynki na krótkim dystansie, bo ten element wyraźnie odstaje od bardzo satysfakcjonującej zabawy w „łowcę głów” (i innych członków). Zwykłe ciosy są pozbawione mocy, sytuację ratują jedynie finishery, czyli brutalne (bardzo!) wykończenia przeciwników, choć i tu chciałoby się nieco więcej różnorodności.

Przy okazji miejsc, gdzie z każdej strony atakują nas zombie bardziej opłaca się korzystanie z dość rozbudowanego arsenału broni palnej. Mi w zupełności wystarczało combo: pistolet (później ministrzelba) w jednej ręce, a ostrze w drugiej, ale czarny rynek w Dark Sector kwitnie i można na nim dostać kilka rodzajów karabinów (snajperskich i maszynowych), shotgunów i innych zabawek. Każdą z broni można jeszcze dopakować znajdowanymi ulepszeniami, co sprawia, że każdy powinien znaleźć swój ulubiony arsenalik. W trudnych momentach możemy również skorzystać z broni zostawionej przez wrogich żołnierzy, ale posiada ona zabezpieczenie, które nie pozwala używać jej przez dłuższy czas osobom zarażonym.

Kolejne rozdziały przygody nie nudzą się, a dzięki częstym checkpointom nie ma mowy o większej frustracji. Brak nudy jest również zasługą mało ortodoksyjnego prowadzenia misji. Czasem zdarzy się, że w zwykłą wymianę ognia z żołnierzami wmiesza się olbrzymi mutant i spróbuje uprzykrzyć życie obu stronom, czasem zaraz po checkpoincie eksploduje ściana ujawniając wrogi czołg po drugiej stronie (Hayden załapie się nawet na przejażdżkę tą maszyną), zdarza się również, że na arenę wkroczy prawdziwy Boss i wtedy warto szybko zrobić listę jego możliwych słabości i zacząć ich testowanie.

Przejście gry na podstawowym poziomie trudności zajęło mi około 9 godzin, ale Dark Sector posiada dwa dodatki, które mogą przedłużyć zabawę z tym tytułem. Pierwszym z nich jest dość oczywisty, wyższy poziom trudności, dostępny po ukończeniu zabawy. Drugim jest mniej oczywisty tryb multiplayer. The Darkness pokazało nam, jak można zepsuć wieloosobową rozgrywkę przez wykastrowanie jej z głównego bohatera. Tu na szczęście jest inaczej. Do dyspozycji mamy 2 tryby: Infection i Epidemic. Pierwszy z nich polega na polowaniu graczy na tego, komu przypadł zaszczyt wcielenia się w Haydena. Brzmi to dość nieuczciwie, ale jedynie do momentu, gdy okazuje się, że posiada on wszystkie moce znane z single playera. Drugi tryb to już bardziej standardowy Team Deathmatch, z tą różnicą, że każda z drużyn dysponuje swoim Haydenem. Multi w Dark Sector sprawia naprawdę mnóstwo radochy, dlatego żałuję, że często trafiałem na tak zalagowane serwery, że ukończenie rundy graniczyło z niemożliwością.

Już dwa razy przywoływałem w tym tekście Gears of War. Pora uczynić to po raz kolejny, przy okazji omawiania oprawy graficznej. Grając w Dark Sector naprawdę dziwiłem się, że gra nie korzysta z Unreal Engine 3, bo niektóre lokacje same wpychały do głowy skojarzenia z hitem od Epic. Świetnym tego przykładem jest pierwsza misja, której czarno-biały filtr uwypukla świetne tekstury i efekty graficzne. Nie inaczej jest w przypadku pojedynków na zrujnowanych ulicach czy w przestronnych wnętrzach budynków. Na cuchnącym cmentarzu, czy w zgniłych kanałach naprawdę czuć atmosferę tych lokacji. Niestety grafika Dark Sector oprócz wzlotów, ma także bolesne upadki, gdzie rozjechane walcem tekstury, pustka pomieszczeń i ich schematyczność każą się nam zastanawiać czy to wciąż ta sama gra. Modele większości postaci są bogate w detale i wypadają dobrze, ale już strzelające kolorowymi pociskami mutanty bardzo psują to wrażenie, tak samo jak twarz Haydena (oh, czemu nie został w masce z pierwszej misji). Muszę również wytknąć zastosowanemu silnikowi rozmaite problemy z przenikającymi i zacinającymi się obiektami oraz sporadyczne zapominanie o ziemskiej fizyce skutkujące widowiskowymi, aczkolwiek dość żenującymi lotami przeciwników wysadzonych w powietrze. Oprawa dźwiękowa jest dość standardowa i nie wyróżnia się niczym szczególnym ani na plus, ani na minus.

Po tych paru tysiącach znaków nadszedł w końcu czas na małe podsumowanie i wyjaśnienie oceny, którą znajdziecie poniżej. Dark Sector to bardzo dobry zakup dla wszystkich miłośników gier akcji. Nie jest to gra doskonała, ale też nie stara się za taką uchodzić. Zmutowane ostrze Haydena spełnia swoje zadanie i dostarcza kilku wieczorów wyśmienitej zabawy. Biorąc pod uwagę fakt, że cena tego tytułu jest sporo niższa niż standardowe 230zł, uważam, że to jedne z najlepiej wydanych pieniędzy w tym roku. Dostałem za nie dokładnie to, czego oczekiwałem.

Udostępnij:
Komentarze (0)