Następna będzie wartość poznawcza, bo obie gry śmigają na nowym silniku graficznym. Rzemieślnicy z Virtuos (od kilku lat parają się remasterowaniem, oni na przykład przygotowują odgrzewane Final Fantasy XII) mieli po drodze mnóstwo problemów, a premiera Return to Arkham mocno odjechała na kalendarzu. Osoba rozeznana w branży doskonale wie, co takie przesłanki zwiastują. Ano przede wszystkim produkt niestabilny, gdzie o wiele łatwiej byłoby zablokować prędkość animacji na trzydziestu klatkach per sekundę, niż udawać, że jest w stanie wyciągnąć więcej i serwować istny rollercoaster na ekranie. Rzecz możliwa do przełknięcia, tylko trochę wstydliwa. Bugów - oprócz przenikających się na okrągło obiektów podczas walki - nie zauważyłem. Dam sobie za to rękę uciąć, że w sieci nie zabraknie ciekawszych kompilacji.Z grafiką to konkurs strzałów. Albo trafili w okienko, jak przy pelerynie Gacka, która prezentuje się znowu zacnie, albo przestrzelili, jak z oczami postaci w Arkham Asylum (patrz: Joker), pozbawionymi życia i przerażająco szklanymi. Na każde ciche "wow" będzie następne ciche "zapamiętałem to ładniej". Obie gry nie powinny jednak się wstydzić na nowej generacji konsol. Asylum robi co może, jednak to mała, intymna produkcja o cholernie korytarzowej strukturze. Błyszczy City, którego architektura przypomina, jak szaleńczo dobrą interpretacją Gotham wymalowało kilka lat temu Rocksteady. Czułem, że odpalam starocie, wiadomo. Ale nie czułem z tego powodu żadnego zażenowania. Głównie dlatego, iż obie produkcje nigdy nie miały się czego wstydzić.Ostatnia i najważniejsza w moim odczuciu jest wartość sentymentalna. A raczej dylemacik, czy po ograniu trzydziestu godzin w Arkham Knight jest sens do poprzedniczek wracać. Retoryczny dylemacik. Bo Asylum do dzisiaj wyróżnia się arcygotyckim klimatem i bossami, których z braku innych opcji porównywaliśmy do Metal Gear Solid. A City swoimi zadaniami pobocznymi robi z "Rycerza" początkującą ubiformułę. Całość dodatkowo układa się w fantastyczną trylogię, gdzie prawdziwy progres czujemy z gry na grę. Pytanie "czy warto" jest zatem tak banalne, jak dylemat, czy przed "Mroczny Rycerz powstaje" obejrzeć "Mrocznego Rycerza" i "Początek".Ale nie odczuwałem jeszcze potrzeby maksymalnego powrotu, ukończeniu obu. A to sygnał, że należało poczekać z rok lub dwa na taki pakiecik - w przypadku graczy, którzy tytuły sobie przypominają, a nie poznają w trybie dziewiczym. Bokiem mi wychodzą animacje i niepotrzebne QTE, co zasypują tę serię od zarania dziejów. To kwestia wyjątkowo osobista. Arkham Knight był moim pierwszym "ważnym" tytułem na Polygamii (zabawna historyjka - Maciu nie pamięta, dlaczego to ja go dostałem), więc do jego recenzji podszedłem jak wariat, porzucając sen, logikę i wszelkie obowiązki. W pracy nuciłem melodyjkę serialu z lat sześćdziesiątych, kolegów męczyłem głosem rodem z muzyki metalowej ("Nie jestem Adamem, jestem Batmanem"), a poprzedniczki powtarzałem raz jeszcze, na YouTubie, by wyłapać najmniejsze smaczki. Słowem - przesadziłem z Arkham. I chyba jeszcze nie ochłonąłem po tym.