WAŻNE
TERAZ

Tragedia 2-latka w Ząbkach. Prokuratura podjęła decyzję ws. opiekunek

"Czarna pantera" - recenzja filmu. Bez końca

"Czarna pantera" to 18 (słownie: osiemnasty!) film w filmowym uniwersum Marvela. I to zdanie powinno wystarczyć za całą recenzję. Bo "Czarna pantera" niczego w MCU nie zmienia.

Obrazek

Akcja „Czarnej pantery” rozgrywa się w fikcyjnym, afrykańskim królestwie Wakandy i poza krótkimi epizodami w Stanach Zjednoczonych i przeciągniętą sceną akcji w Korei Południowej, w zasadzie się z niej nie rusza. Wakanda jest nie tylko miejscem akcji, ale i najważniejszym rekwizytem fabularnym. To ukryta przed światem afrykańska utopia, niezwykłe bogactwo i rozwój technologiczny zawdzięczająca meteorytowi pełnemu vibranium - najcenniejszego minerału w świecie MCU.

Przez tysiąclecia szczęśliwi, bogaci i dobrze odżywieni obywatele Wakandy obserwowali świat przez dziurkę od klucza. Nie reagowali, gdy mieszkańców Afryki niewolono i wywożono do Ameryki i Europy, przymykali oko na zbrodnie kolonializmu, przełknęli jakoś rozkwit i upadek Apartheidu, ludobójstwo w Rwandzie i wojnę domową w Kongo. Dopiero w 2018 roku, 26 lat po pobiciu Rodneya Kinga i zamieszkach w Los Angeles, do Wakandy przybywa złoczyńca. By obalić króla i rozniecić spór pomiędzy izolacjonistami a rewolucjonistami.

Jeżeli w tym momencie, drogi czytelniku, chcesz mi rzucić w twarz oskarżenie, że niepotrzebnie wciągam w tę recenzję politykę, poskrom swą internetową furię. „Czarna pantera” to najbardziej polityczny film Marvela, bardzo otwarcie odwołujący się nie tylko do niewolnictwa czy kolonializmu, ale i do współczesnych problemów społeczno-politycznych Stanów Zjednoczonych - z dyskryminacją czarnych i prezydenturą Trumpa na czele (pada tu nawet kiczowate zdanie, by „budować mosty, a nie mury”).

Spór pomiędzy Czarną panterą a rzucającym mu wyzwanie Erikiem jest dalekim, popkulturowym echem sporu pomiędzy pragmatykami pokroju Martina Luthera Kinga a rewolucjonistami w stylu Hueya P. Newtona, jednego z założycieli Partii Czarnych Panter. I z pewnością ma potencjał, by w końcu w MCU zawalczono o poważną stawkę. Problem w tym, że wyreżyserowany przez Ryana Cooglera (twórcę bardzo dobrego „Creeda”) obraz nie ma odwagi na poważnie zająć się podejmowanymi wątkami.

Erik być może i ma sporo racji, ale Michael B. Jordan gra go na jednej nucie, jak stereotypowego marvelowskiego złoczyńcę. A scenariusz przez większość filmu wypycha go z ekranu. Z kolei grana przez Chadwicka Bosemana Czarna pantera to postać pomnikowa, umiarkowany mędrzec i honorowy wojownik, idealny syn, wspaniały brat, wierny przyjaciel… heh, jego losem naprawdę ciężko się przejąć. Paradoksalnie najwięcej osobowości ma jeden z dwóch białoskórych bohaterów - Ulysses Klaue, w którego wciela się Andy Serkis. Jemu wprawdzie o nic nie chodzi, ale przynajmniej bywa zabawny.

Nie lepiej niż postaci, potraktowana została sama Wakanda. Z początku wydaje się, że będzie to intrygujące miejsce akcji - oryginalne, w końcu różne od nudnych, militarystycznych scenografii filmów Marvela. Ale oszałamiająco wyglądające ulice Zany nie mają w tym filmie żadnego znaczenia. Kamera prześlizguje się po nich płynnie, by chwilę później przenieść się do klasycznych pałacowych korytarzy i podziemnych laboratoriów. Bezsensowne są także odwieczne rytuały mieszkańców Wakandy, tak głęboko tkwiące w zachodnim wyobrażeniu o „prawdziwej Afryce”, że popadające w autoparodię (chyba niezamierzoną).

Niby to najbardziej rozwinięte technologicznie państwo na świecie: bogate, pokojowe i od tysiącleci rządzone przez mądrych władców, ale jego ustrój polityczny opiera się na tak kruchych podstawach, że obalić go można w 10 minut. W pewnym momencie trudno zresztą nie odnieść wrażenia, że Wakanda to tylko wymówka do powierzchownej rozmowy o współczesnych problemach Ameryki - na trzecim planie migają bowiem takie tematy, jak machlojki CIA, nadużywanie jednostek specjalnych i nieudane interwencje w Afganistanie i Iraku. Takie odczytanie sugerowałaby też decyzja, by wszyscy bohaterowie mówili do siebie po angielsku z bardzo silnym, afrykańskim akcentem, pomimo iż pierwsze sceny filmu mówią wprost, że istnieje jakiś wakandyjski język urzędowy.Skonstruowany według klasycznych hollywoodzkich schematów scenariusz, w trzecim akcie staje się po prostu nudny. Finałowe starcie jest zbyt długie i rozproszone, a jego choreografia pozbawiona finezji. W pewnym momencie śledzimy aż trzy wątki i w żadnym z nich nie dzieje się nic ciekawego. Zdecydowanie lepiej wypada pierwsza połowa obrazu, gdy poznajemy bohaterów i samą Wakandę. Ale i to przede wszystkim dzięki pomysłowej scenografii, kostiumom i doskonałej ścieżce dźwiękowej autorstwa Ludwiga Göranssona i Kendricka Lamara. Zwłaszcza ta ostatnia zasługuje na wyróżnienie - bardzo rzadko zdarza się, by muzyka ilustracyjna tak dobrze zgrywała się z utworami muzycznymi.

Pod błyszczącym pozłotkiem nie kryje się jednak film z duszą: w pościgu ulicami koreańskiego Busan króluje nieprzekonujące CGI, a brakuje dramaturgii; żaden z aktorów nie wystaje ponad przeciętność; zaś poczucia humoru jest jak na lekarstwo (Shuri, siostra głównego bohatera, bywa zabawna, lecz ani jeden z jej dowcipów nie załapałby się do prześmiesznego „Thor. Ragnarok”). I nawet sceny w trakcie i po napisach wyglądają, jakby nakręcono je na siłę. Nie spodziewajcie się olśnienia, czy choćby ciekawego zawieszenia akcji - jeżeli nie lubicie na nie czekać, spokojnie zobaczcie je na YouTube. Nic nie stracicie.

Czy to wszystko oznacza, że „Czarna pantera” to film zły i nieudany? Nie, oczywiście, że nie. To 18 (słownie: osiemnasty!) film z serii. Wyprodukowany według sprawdzonego schematu. Przez doskonałych rzemieślników. Za górę pieniędzy. Ogląda się go przyjemnie. Sceny akcji, choć wtórne, robią odpowiednie wrażenie. Punkty kulminacyjne następują dokładnie wtedy, kiedy powinny, a kolejne fabularne zwroty, mimo iż nie mają sensu, sprawiają, że opowieść toczy się wartko. Pojazdy wybuchają. Superbohaterowie tłuką się po mordach. Morał wybrzmiewa. Być może takiej właśnie, podręcznikowej i oczywistej superprodukcji brakowało Hollywood i Afroamerykanom. Biali mają ich na pęczki, dyskryminowanym w popkulturze czarnym na pewno należy się więcej niż jedna. Ale koniec końców, obojętne jak czarny jest to film, to tylko kolejna odsłona MCU. Niestety.

Wybrane dla Ciebie
MOŻE JESZCZE JEDEN ARTYKUŁ? ZOBACZ CO POLECAMY