Cuphead - recenzja. Diabeł ubiera się u Walta Disneya

Strona głównaCuphead - recenzja. Diabeł ubiera się u Walta Disneya
04.10.2017 12:15
Cuphead - recenzja. Diabeł ubiera się u Walta Disneya
Adam Piechota
Adam Piechota

Czujecie przesyt stylowymi grami w dwóch wymiarach? Pan Filiżanka zaradzi.

"Uroczy tytuł dla dzieci"? Nie, ale serio, przez te kilka lat, gdy Cuphead zmierzał do naszych domów, nic o nim nie czytaliście? Nie uwierzę. StudioMDHR już dawno temu wyrobiło swojej maskotce opinię supertrudnej pozycji dla prawdziwych hardkorowców. Kuszą z wdziękiem samego rogatego, by porównać do Tej Serii, Do Której Nie Wolno Porównywać. Dziś takie czasy, że przy każdej wymagającej grze internet odrobinę wyolbrzymia. Ja skrupulatnie omijałem wszelkie szanse sprawdzenia grywalnych wersji Cupheada podczas różnych imprez branżowych. Gdy Maciu zdecydował, że finalny produkt trafi właśnie na mojego Xboksa, miałem dzięki temu zapewniony psychiczny komfort. Mogłem podejść do niej "na czysto", praktycznie bez strachu, bardziej z pewnym zaciekawieniem. A może nawet obalić cały mit.

Najpierw jednak, nie w moim stylu, muszę skupić się na oprawie. Tutaj nie wystarczy napisać, że gra wygląda ślicznie. Jasne, twórcy mieli konkretny cel, chcieli, by Cuphead przypominał kreskówki z pierwszej połowy dwudziestego wieku, wnikliwie studiowali animacje młodego Walta Disneya lub Maksa Fleischera. O tym powie Wam zresztą Wikipedia. Chodziło nie tyle o wierne naśladowanie wymarzonych wzorców, ile oddanie ich niegrzecznego ducha. To nie były słodkie bajeczki. Gra MDHR tylko pozornie wygląda "uroczo", a rzeczywiście potrafi wzbudzić nieokreślony niepokój. Hazard, używki, hazard, seksualność, jeszcze trochę hazardu, szatańskie miny miażdżących nas bossów oraz mała szczypta hazardu w ramach dodatku. Pamiętacie, dlaczego Pinokio u Disneya zamienił się w osła oraz jaka atmosfera towarzyszyła tej scenie? Taki właśnie jest Cuphead.Ale gra nie tylko "przypomina" wiekowe animacje. Ona staje się jedną z nich. Ani przez chwilę nie łamie konwencji. Obraz szarpią zanieczyszczenia kliszy, dźwięk jest delikatnie opóźniony i przytłumiony, data produkcji wskazuje lata trzydzieste (a autorstwo przypisuje diabłu), całość rozpoczyna piosenka śpiewana przez kilku mężczyzn. O ścieżce dźwiękowej Kristofera Maddigana można by zresztą wysmażyć osobny tekst. Wyśmienita mikstura zapożyczeń z różnych odmian jazzu nie musi trafiać w Wasz gust, byście krzyknęli "o raju, jakie to jest dobre!". Po prostu tutaj pasuje idealnie. Cuphead zasługuje na ogromny telewizor i podkręcony sprzęt audio. To, że jest grą dwuwymiarową, wcale nie zabrania dołączenia jej do pocztu najpiękniejszych pozycji obecnej generacji. Ja to właśnie robię.Po krótkim wprowadzeniu, podczas którego Cuphead i jego kubkowy koleżka zaciągną poważny dług w szatańskim kasynie, gra wyrzuci Was na ładną mapę, "z fartem" powie, poklepie po plecach. Choć progres do drugiego świata będzie uzależniony od pokonania wszystkich bossów, ich kolejność zależy od Was. Nawet jeżeli wydaje Wam się, że trafiliście na ślepy punkt, zawsze istnieją jakieś sekretne skróty do pozostałych poziomów. Ale koniec końców nawet do tych paskudnych boksujących żabich braci trzeba wrócić i zrobić im ze odwłoka jesień średniowiecza. Nieobowiązkowe są wyłącznie... poziomy platformowe. Tylko w nich zdobędziecie jednak walutę pozwalającą kupić istotne dopałki - o czym pomyślicie zapewne dość prędko.Etapy biegane. Były jednym z najważniejszych powodów opóźnienia premiery gry. Początkowo Cuphead oferować miał samych bossów, przypominam. To gracze prosili dewelopera, by rozbudował swoją perełką o klasyczne poziomy. Rok temu, gdy Patryk testował je na Gamescomie, musiały wyglądać nieco inaczej. Dziś są zwyczajnie fajne. Filiżankogłowym steruje się intuicyjnie, a przemierzane otoczenie zachwyca. Mimo tego, iż biegniemy sobie w prawo, obowiązuje w nich podobna zasada co przy "podstawowych" walkach. To znaczy trzeba je wykuć. Po kilkunastu próbach idą jak z płatka, więc dobrze reperują pewność siebie. Czy ostatecznie były gierce niezbędne? Wątpię. Niemniej słusznie, że zostały dopracowane. Służą za dobrą, równie zachwycającą wizualnie odskocznię.

A po co nam dopałki, skoro całość można również zaliczyć bez moczenia stopy w etapach platformowych? Widzicie, Cuphead jest trochę jak ta Contra z Pegasusa tudzież NES-a. Podstawowa broń (u Filiżanki gnat ułożony z palców) działa dobrze. Jednak wszyscy tylko czekają, aż wpadnie jakiś shotgun lub miotacz ognia (ale nie laser, lasera unikamy!). Kruchy bohater może przerzucić się na silniejszą "broń" o mniejszym zasięgu, na samonaprowadzające pociski, którymi trzeba strzelać tyłem do bossa lub pokrywające pół ekranu łuski o znikomej mocy. Każda z nich wymaga odmiennej taktyki. Niektóre zaś bardzo Wam pomogą w trudniejszych chwilach. Inaczej z perkami, bo kawa, jak powszechnie wiadomo, daje wyłącznie korzyści. Ot, tutaj automatycznie napełnia pasek silniejszych ataków specjalnych. Często ratowała mi skórę. Dodatkowe serduszko też powinno pomóc, nawet jeśli zmniejsza naszą siłę.Wiemy już "co", to teraz przejdźmy do części "z kim". Z bossami, rzecz jasna. Z jakimi bossami, proszę państwa! Opętane warzywka z ogródka, rozszalały dżin, klaun scalający się z cyrkowymi atrakcjami, pędzący pociąg widmo, królowa miodowego banku, trzygłowy smok, aż wreszcie ucieleśnienie wszystkich uzależnień oraz (to nie spoiler) sam diabeł rogaty. Nie włączajcie żadnej walki na niższym poziomie trudności, proszę. Raz, że w ten sposób nie ukończycie Cupheada, dwa, że dopiero na standardowych ustawieniach przeciwnicy pokażą Wam wszystkie sztuczki. Potyczki składają się z kilku odmiennych faz, a każda jeszcze mocniej nakręca spiralę psychodelii. Przynajmniej kilka razy miałem to rzadkie uczucie, że połączenie akcji na ekranie i rozszalałej muzyki wysysało mi myśli, angażowało całkowicie. Wspaniałe przeżycie, które znajduję w grach coraz rzadziej.

Czy rzeczywiście jest AŻ TAK TRUDNO? Nie. Może dopiero pod sam koniec. W kilku ostatnich walkach potrafiłem zablokować się ponad godzinę. A dwie finalne wymagają już absolutnie małpiej zręczności. Ale więcej niż połowa Cupheada to pojedynki wymagająco-sprawiedliwe. Gdzie wiecie, że popełniliście jakiś błąd, jeśli znowu wtopiliście. Brak ekranu ładowania po kliknięciu "restart" to wszystko, czego potrzebowałem, by nie zaprzestawać w dążeniu do sukcesu. Kwestia nie tyle "bycia dobrym", ile nauczenia się przebiegu spotkań z bossami. Trwają maksymalnie dwie minuty, więc odrobina uwagi wystarczy. Internetowy mit o ultrahardkorowości dzieła MDHR uważam za hiperbolę. Nie jestem mistrzem w grach, zapewniam. Ale fakt - przed premierą do półmetku przygody dotarło 0,4 % graczy. Może zatem znaczenie ma tutaj doświadczenie z ośmiobitowymi platformówkami. Bo w porównaniu do nich, pierwszego Mega Mana, pierwszej Castlevanii, Cuphead jest w miarę przystępnym doświadczeniem.Jestem zachwycony dziesięcioma godzinami, które spędziłem przy tej grze. Nie rozumiem, po co reklamuje się ją jako rzecz multiplayerową, skoro drugi gracz tu tylko przeszkadza. Twórcom przydałoby się też kilka klapsów za optymalizację wersji konsolowej, bo choć pyrka w stałych sześćdziesięciu klatkach, loadingi są zdecydowanie zbyt długie. Niemniej to drobnostki. Nie przeszkadzają w nieustannym podziwie. Strzelanie, skakanie, kucanie i ginięcie w takim świecie było dla mnie definicją zabawy. Dobra sprzedaż jak najbardziej zasłużona. Niech Cuphead zostanie w naszej branży na dłużej. Jeżeli nie boicie się wyzwania, chwilę po przeczytaniu tego tekstu powinniście już pobierać tę perełkę na swoje sprzęty. Wyślijcie tego czorta do czorta.

Adam Piechota

Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (8)