A nie, jest jeszcze jedno słowo – Chuchel. Przewija się przez całą grę, do samego końca. Raz jako wielkie litery, które po prostu wiszą w przestrzeni, innym razem jako głazy, które przygniatają głównego bohatera. Trochę to dziwne, bo widok tytułu gry wywołuje we mnie wrażenie, że dopiero co przeszłam prolog... no ale to taka maniera Czechów, kto ich zrozumie?Od razu na początku gry poznajemy nieodłącznego kumpla Chuchela i jednocześnie jego największego rywala w wyścigu po czeresienkę – łysego różowego szczurka. Szczurek z początku nam przeszkadza, ale szybko okazuje się, że wspólny cel bardziej zbliża niż oddala i często rozwiązanie zagadki będzie wymagało pomocy zwierzaka. Będziemy go wrzucać do akwarium, zamieniać w pająka, by zatkać buzie ryczącym dżdżownicom. A potem znowu spróbujemy go złapać, kiedy na pokładzie balona wzbije się w przestworza, unosząc ukochany owoc...Zabawa jest przednia. Bardziej niż przednia. Przedniejsza niż strzelanie się z pistoletów na wodę napełnionych sokiem malinowym albo rzucanie poduszkami wypełnionymi kremem kawowym. Jest jak tarzanie się w płynnej czekoladzie z piankami o smaku gumy balonowej. Tylko czemu, ach, czemu te urwisy z Amanity narobiły mi smaka, a potem dały raptem 2,5 godziny zabawy? Czuję się zupełnie jak Chuchel, którego ktoś kopniakami wywalił z łóżka, podsunął pod nos cud-czereśnię, a potem ją zabrał. Tak się nie robi! Odejmuję im za to pół punktu na skali, bo mój ból po ujrzeniu napisu "The End" (aha, trzeci raz, gdy widzimy litery) był wielki.Przy okazji napiszę coś o grze z dziećmi. Przechodziłam Chuchela z córką, która ma 4 lata i produkcja ta w pełni nadaje się dla najmłodszych. Serio, mamy przemoc na poziomie starego Disneya (młotkiem w głowę, która zachowuje się jak z gumy, to jedyna "drastyczna" scena), wszystko się nawzajem pożera, ale nie ma śmierci i potworów (poza pewnymi dziwnymi istotami, ale one też tylko udają złe), łamigłówki, w których absurd nie przesłania logiki i szata graficzna jak z Ziuzi albo Kici Koci. Trzeba by być zdiagnozowanym psychopatą, by tego nie pokochać.A jednak w tak krótkim czasie udało się upchnąć w Chuchelu nawet jakąś tam historię – i to nie sprowadzającą się tylko do włochatego stwora, który ściga się ze szczurkiem do czeresienki. Nie, tam jest drugie dno. I trzecie też. Czesi jak zwykle pokonali mnie swoją wyobraźnią i przewrotnością.