W grze wcielamy się w Vincenta. Nasz bohater ma na karku 32 lata oraz kilka miesięcy albo i lat szczęśliwego związku z Katherine. Najwyższa pora, by myśleć o ustatkowaniu się i zostaniu poważnym człowiekiem. Takim, który ciężko haruje, lula dzieci do snu, łazi po wywiadówkach i nie spędza każdego wieczoru w barze z kolegami, przeznaczając zdecydowanie za dużo pieniędzy na rum z colą.I wtedy właśnie w życiu Vincenta, zupełnie znikąd, pojawia się Catherine. Urocza, blond włosa piękność. Nie dość, że bardziej atrakcyjna od rywalki o imieniu rozpoczynającym na „K”, to jeszcze nawet nie wspomina o stałym związku czy dzieciach. No i ogólnie wszystkim tym, co sprawia, że Vincenta na samą myśl aż pot zalewa. Zamiast tego kusi czasem bohatera zalotnym MMS-em ze zdjęciem. Na tyle pikantnym, że Vincent wstydzi się odpalić je gdzie indziej niż w toalecie – jeszcze ktoś zerknie mu przez ramię.No i tak miota się ten nasz Vincent przez cały tydzień, prowadząc podwójne życie, niegotowy, by dokonać wyboru. Praca, knajpa, dom, Catherine, Katherine – i zapętlamy. W nocy zaś śni o wspinaczce po kamiennych bloczkach. Uroczo Freudowska wizja, bo też twórca psychoanalizy uważał motyw wspinaczki za mocno nacechowany erotycznie. Głównie dlatego, że równy kroków huk kojarzył mu się z tempem ruchów frykcyjnych. Koszmary nocne Vincenta to jednak nie zwyczajne mokre sny, lecz całkiem poważna sprawa – jak się okazuje, spadnięcie w senną otchłań równoznaczne jest ze śmiercią w prawdziwym świecie. Do pośpiechu skłania nas natomiast to, że niższe piętra konstrukcji stopniowo odpadają i biada temu, kto nie nadąży.Co parę etapów gonią nas też istoty, których projekty najlepiej skomplementować w ten sposób, że są właśnie takie, jakie w Japońskiej grze być powinny. Baba Jaga próbująca nadziać nas na wielki widelec, noworodek z piłą mechaniczną odkrawający kolejne fragmenty konstrukcji, Kasia (ta przez „K”) z welonem w wersji równie „uroczej” co demoniczna panna młoda i... wybaczcie, ale totalnie nie mam pojęcia czy to coś na czterech łapach z początku gry to był biust czy może pośladki... Tempo, jakie gra momentami narzuca jest wręcz zabójcze.Ów pośladko-biust to jednak niejedyny argument na to, że Catherine jest szalenie unikatową grą. Zarówno na płaszczyźnie rozgrywki, scenariusza jak i sposobu, w jaki zespolono ze sobą oba te elementy. W historii brakowało mi w sumie odrobiny niedopowiedzeń, a skrypt przypomina objętością raczej nowelkę – ale niedostatki te wynagradza nam bardzo sprawna reżyseria. Catherine urzeka też tym, że wcale nie każe nam ratować świata. Vincent staje się bardzo ludzki właśnie dlatego, że towarzyszymy mu w problemie, który prędzej czy później praktycznie na każdego czeka.Przygoda z Catherine dzieli się zasadniczo na trzy części – w zależności od pory dnia zabawa wygląda nieco inaczej. Przedstawione w formie cutscenek wydarzenia fabularne mają miejsce z rana. Jako widz oglądamy kolejne perypetie bohatera z dwoma kochankami, podczas których bywa czasami niebezpiecznie blisko momentu, gdy wszystko się wyda. Ogląda się to niczym dobry film i nawet jeżeli za anime totalnie nie przepadacie, warto dać szansę. Sam cenię japońszczyznę bardziej za odmienność kulturową niż za tak zwane „ładne oczy”.Kolejna faza gry to już wieczorne wizyty w barze. To najbardziej niepozorna część gry, warto jednak poświęcić jej trochę uwagi. Oprócz siedzenia nad kieliszkiem, po barze można swobodnie pochodzić i odklepać rozmowy z postaciami pobocznymi. Ot, zaczepić barmana, uroczą kelnerkę, czy choćby duet dam w rozmiarze XXL, spędzających wieczory nad kuflem piwa i pizzą. Można też przejść się do łazienki by na przykład umyć ręce czy przestawić po drodze szafę grającą. To faza gry, która wymaga sporego zaangażowania – choć za każdym razem możemy po prostu wyjść, w rozmowach kryje się sporo tła fabularnego, a do tego część dialogów będzie mieć finalnie wpływ na to, które z kilku zakończeń obejrzymy.Ostatnia faza to natomiast wspomniane już klocki – tu zabawa zmienia się w coraz trudniejszą z biegiem czasu grę logiczną. Ogólnie zasady są dość proste. Zadaniem gracza jest przesuwać poszczególne klocki w taki sposób, by tworzyły przejście do góry. Do tego dochodzą dwa drobne niuanse. Po pierwsze bohater jest w stanie wspiąć się maksymalnie o jeden klocek w górę, po drugie natomiast na klocki stykające się z krawędziami z konstrukcją przestaje działać prawo grawitacji.