Catherine Classic – recenzja. Choć kto inny śpi przy Tobie...

Catherine Classic – recenzja. Choć kto inny śpi przy Tobie...
14.01.2019 16:00
Catherine Classic – recenzja. Choć kto inny śpi przy Tobie...
Krzysztof Kempski
Krzysztof Kempski

Bardzo długo zajęło Atlusowi odkrycie, że pecety istnieją. Niestety z tą wiedzą można było zrobić trochę więcej.

Dokładnie osiem lat minęło od premiery Catherine na X360 i PS3 do czasu ujawnienia pecetowego wydania. Szmat czasu, w czasie którego każdy wydawca zdążył wydać X sequeli serii Y – ale na przekór trendom, gra Atlusa pozostała przez te wszystkie lata unikatowa. Chociaż w dniu jej premiery byłem jeszcze pecetowym betonem (przez co zagrałem w nią dopiero teraz) mam wrażenie, jakbym ledwie wczoraj ślinił się do jej recenzji, poważnie rozważając wtedy zakup konsoli.

Platformy: PC, PS3, X360

Producent: Atlus

Wydawca: SEGA

Data premiery: 10.01.2019 (10.02.2011 PS3/X360)

Wersja PL: Nie

Wymagania sprzętowe: Windows 7 – 10, Intel Core i3 (2,9 GHz), 4 GB RAM, karta grafiki 1 GB (Nvidia 8 lub RadeonHD 4870), 6,5 GB HDD

Grę do recenzji dostarczył wydawca. Obrazki pochodzą od redakcji. Graliśmy na PC.

Przez te wszystkie lata Catherine nie tylko nie doczekała się wersji PC, ale też kontynuacji czy nawet dobrego klona. Dopiero za miesiąc ukaże się Full Body, choć i to tak naprawdę wciąż będzie jedynka, tylko z nową bohaterką, wątkami i zakończeniami. W tym przypadku najważniejsze pytanie brzmi nie tyle „czy warto”, lecz „czy warto, skoro lutowe Full Body będzie, jak sama nazwa wskazuje, pełniejsze”. Jeżeli jednak nie macie PS4 lub Vity, Classic to w najbliższym czasie jedyny sposób na zagranie. Czy ten związek przetrwał próbę czasu?

W grze wcielamy się w Vincenta. Nasz bohater ma na karku 32 lata oraz kilka miesięcy albo i lat szczęśliwego związku z Katherine. Najwyższa pora, by myśleć o ustatkowaniu się i zostaniu poważnym człowiekiem. Takim, który ciężko haruje, lula dzieci do snu, łazi po wywiadówkach i nie spędza każdego wieczoru w barze z kolegami, przeznaczając zdecydowanie za dużo pieniędzy na rum z colą.I wtedy właśnie w życiu Vincenta, zupełnie znikąd, pojawia się Catherine. Urocza, blond włosa piękność. Nie dość, że bardziej atrakcyjna od rywalki o imieniu rozpoczynającym na „K”, to jeszcze nawet nie wspomina o stałym związku czy dzieciach. No i ogólnie wszystkim tym, co sprawia, że Vincenta na samą myśl aż pot zalewa. Zamiast tego kusi czasem bohatera zalotnym MMS-em ze zdjęciem. Na tyle pikantnym, że Vincent wstydzi się odpalić je gdzie indziej niż w toalecie – jeszcze ktoś zerknie mu przez ramię.No i tak miota się ten nasz Vincent przez cały tydzień, prowadząc podwójne życie, niegotowy, by dokonać wyboru. Praca, knajpa, dom, Catherine, Katherine – i zapętlamy. W nocy zaś śni o wspinaczce po kamiennych bloczkach. Uroczo Freudowska wizja, bo też twórca psychoanalizy uważał motyw wspinaczki za mocno nacechowany erotycznie. Głównie dlatego, że równy kroków huk kojarzył mu się z tempem ruchów frykcyjnych. Koszmary nocne Vincenta to jednak nie zwyczajne mokre sny, lecz całkiem poważna sprawa – jak się okazuje, spadnięcie w senną otchłań równoznaczne jest ze śmiercią w prawdziwym świecie. Do pośpiechu skłania nas natomiast to, że niższe piętra konstrukcji stopniowo odpadają i biada temu, kto nie nadąży.Co parę etapów gonią nas też istoty, których projekty najlepiej skomplementować w ten sposób, że są właśnie takie, jakie w Japońskiej grze być powinny. Baba Jaga próbująca nadziać nas na wielki widelec, noworodek z piłą mechaniczną odkrawający kolejne fragmenty konstrukcji, Kasia (ta przez „K”) z welonem w wersji równie „uroczej” co demoniczna panna młoda i... wybaczcie, ale totalnie nie mam pojęcia czy to coś na czterech łapach z początku gry to był biust czy może pośladki... Tempo, jakie gra momentami narzuca jest wręcz zabójcze.Ów pośladko-biust to jednak niejedyny argument na to, że Catherine jest szalenie unikatową grą. Zarówno na płaszczyźnie rozgrywki, scenariusza jak i sposobu, w jaki zespolono ze sobą oba te elementy. W historii brakowało mi w sumie odrobiny niedopowiedzeń, a skrypt przypomina objętością raczej nowelkę – ale niedostatki te wynagradza nam bardzo sprawna reżyseria. Catherine urzeka też tym, że wcale nie każe nam ratować świata. Vincent staje się bardzo ludzki właśnie dlatego, że towarzyszymy mu w problemie, który prędzej czy później praktycznie na każdego czeka.Przygoda z Catherine dzieli się zasadniczo na trzy części – w zależności od pory dnia zabawa wygląda nieco inaczej. Przedstawione w formie cutscenek wydarzenia fabularne mają miejsce z rana. Jako widz oglądamy kolejne perypetie bohatera z dwoma kochankami, podczas których bywa czasami niebezpiecznie blisko momentu, gdy wszystko się wyda. Ogląda się to niczym dobry film i nawet jeżeli za anime totalnie nie przepadacie, warto dać szansę. Sam cenię japońszczyznę bardziej za odmienność kulturową niż za tak zwane „ładne oczy”.Kolejna faza gry to już wieczorne wizyty w barze. To najbardziej niepozorna część gry, warto jednak poświęcić jej trochę uwagi. Oprócz siedzenia nad kieliszkiem, po barze można swobodnie pochodzić i odklepać rozmowy z postaciami pobocznymi. Ot, zaczepić barmana, uroczą kelnerkę, czy choćby duet dam w rozmiarze XXL, spędzających wieczory nad kuflem piwa i pizzą. Można też przejść się do łazienki by na przykład umyć ręce czy przestawić po drodze szafę grającą. To faza gry, która wymaga sporego zaangażowania – choć za każdym razem możemy po prostu wyjść, w rozmowach kryje się sporo tła fabularnego, a do tego część dialogów będzie mieć finalnie wpływ na to, które z kilku zakończeń obejrzymy.Ostatnia faza to natomiast wspomniane już klocki – tu zabawa zmienia się w coraz trudniejszą z biegiem czasu grę logiczną. Ogólnie zasady są dość proste. Zadaniem gracza jest przesuwać poszczególne klocki w taki sposób, by tworzyły przejście do góry. Do tego dochodzą dwa drobne niuanse. Po pierwsze bohater jest w stanie wspiąć się maksymalnie o jeden klocek w górę, po drugie natomiast na klocki stykające się z krawędziami z konstrukcją przestaje działać prawo grawitacji.

Później wszystko to coraz bardziej się komplikuje – pojawiają się klocki śliskie, wybuchające, kruszące się przy każdym nadepnięciu, trampoliny, przeciwnicy blokujący przejście czy nawet zrzucający nas w dół. Są też wreszcie przedmioty pozwalające na drobne oszustwo typu tymczasowa zdolność przeskoczenia dwóch stopni, możliwość wyczarowania nowego klocka czy błyskawica eliminująca pobliskich wrogów. Wszystko to wystarcza, by stworzyć grę, która naprawdę potrafi dać w kość – nawet na łatwym poziomie trudności główne uproszczenie to możliwość cofnięcia ruchu.Powiedzmy sobie jednak wprost, że to nie z powodu rozgrywki Catherine zapadła wszystkim w pamięć. Ta jest zrealizowana dobrze, ale ma swoje problemy. Irytuje przede wszystkim sterowanie. Port pecetowy dodał możliwość gry na klawiaturze, czego jednak nie polecam. Rozczarowuje jednak to, że nawet na padzie szału nie ma. Głównie dlatego, że nie zdecydowano się rozbić chodzenia i obracania bohatera – to ostatnie uzyskuje się lekko wychylając gałkę, a ponieważ wspinaczka nie wymaga żadnego dodatkowego klawisza akcji... cóż, w ferworze walki bardzo łatwo się pomylić. Wkurza też wreszcie zdefiniowana na sztywno orientacja sterowania. Jeżeli za każdym razem wisząc na krawędzi muszę zastanawiać się, w którą stronę wychylić gałkę (bo „układ współrzędnych” wędruje za bohaterem) to znaczy, że coś jest nie tak. Irytuje mnie niezmiernie to, że przez 8 lat nie zechciano naprawić tak prostych rzeczy.Podobnie irytująca jest też przeciętna ścieżka dźwiękowa, złożona z paru zapętlonych brzdęknięć – ten problem zaleczyła u mnie nieco promocja na usługę Apple Music. Jak na port PC brakuje tu też bardziej zaawansowanych ustawień graficznych – względem wersji konsolowej dodano po prostu wyższe rozdzielczości i tyle, koniec wysiłku. Acz gra i tak ruszy na czymkolwiek i nie robi w zasadzie problemów z płynnością. Wątpliwe jest też to, że bez podparcia się myszką, nie można produkcji wyłączyć. Wniosek jest niestety taki, że pecetowa wersja to zwykły port wytworzony najmniejszym nakładem pracy.Z drugiej strony chociaż Catherine często denerwuje swoimi niedoróbkami, to co było jej najmocniejszą cechą ani trochę się nie zestarzało. Jeżeli tylko zechce się wam przywyknąć do usterek i ogarnąć na wspinaczki własną muzykę, zafundujecie sobie kilka godzin niezapomnianej przygody. Granie obecnie w Catherine przypomina związek, w którym obie strony stopniowo godzą się z wadami tego drugiego. Jak śpiewało swego czasu U2, Miłość jest ślepa.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (10)