Dlatego gdy poznajemy sarkastycznego Trevora Belmonta, budzi co najwyżej litość. Dlatego także znamy dokładną przyczynę demonicznej masakry na Wołoszczyźnie, gniewu Draculi. Serial miesza klasyczne chwyty anime (na przykład pyszałkowatego protagonistę, który musi na oczach widza dojrzeć do odpowiedzialności) z zachodnią wrażliwością. Istnieją tylko odcienie szarości, wampir bywa tak okrutny, jak piętnastowieczny Kościół czytający słowa Ewangelii w ogniu stosów. Całość podkreśla świadomie intensywna dawka makabry - jeżeli przeszkadza Wam karczemny język, poczekajcie na obrazki rozszarpanych na strzępy wieśniaków czy ociekającej krwią mównicy w katedrze. To mocno uwspółcześniona wizja Castlevanii, ale również taka, która dobrze pasuje do gotyckiej poetyki gier. Choć zawiedziecie się, jeśli szukać będziecie fantastycznego świata Lords of Shadows.Zachwyciła mnie oprawa tej serii. Ma swoje braki, to na pewno - w animację mogło pójść więcej pieniędzy, niemniej styl rekompensuje wszystko. Jaskrawa paleta barw, nadająca autentycznej grozy zachodowi słońca (bo wiadomo, kiedy nadchodzą "kreatury ciemności"), obskurny, średniowieczny klimat miast, ledwo stojące domostwa. Dodatkowo dubbing najwyższej próby. Pochwalić można każdego, ale pozostaniemy przy tych, którzy dostali najmniej skąpego czasu: Graham McTavish jako opętany gniewem Vlad Tepes oraz Matt Frewer w roli fanatycznego biskupa kościoła katolickiego. Kiedy ostatnio przewinęliście coś wyłącznie po to, by drugi raz usłyszeć dobrą kwestię? Finałowy pojedynek, gdzie głosy towarzyszą imponującej "choreografii", mógłby trwać nawet dwukrotnie dłużej.A dobrniecie do niego bez większego wysiłku. "Castlevania" mija jak z bicza strzelił. Po seansie irytowało mnie wspomnienie drugiego odcinka, niemal w całości przegadanego, ale przecież to w nim zawarto trzy czwarte fabularnego fundamentu. Więc nie - problemem animacji jest raczej jej ogólny czas trwania. To super wiadomość, że drugi sezon będzie miał "aż" osiem odcinków. Przynajmniej nie pozostawi z niezaspokojonym pragnieniem na następny rok. Pierwszy za to niemal krzyczy "jestem dużym eksperymentem i muszę najpierw sprawdzić, czy publiczność to chwyci!". Jest jak pierwszy odcinek gry epizodycznej od Telltale. Oby tylko następne nie ciągnęły dalej tego porównania.