Napisałem jednak o walce. Owszem, nasz heros ma do dyspozycji podstawowy miecz, który równie dobrze mógłby zgubić w pierwszej minucie, bo tam przestaje być przydatny, oraz całe mnóstwo leżących tu i ówdzie maszynek do zabijania. Znikną, jeśli przypadkowy zgon wycofa nas do punktu zapisu, albo jeżeli... klątwa czarnoksiężnika odbierze wystarczającą część paska życia. Bo widzicie - ten spada cały czas. W pewnym momencie rycerzyk straci rękę, w której trzyma drugi oręż. A potem rozkruszy na drobne kamyczki. Bardzo często Castle of Heart zamienia się w szaleńczy bieg do kolejnego przystanku lub strategiczne wyliczanie, z iloma przeciwnikami jeszcze można wdać się w prostą wymianę ciosów, a ilu trzeba będzie ryzykownie przeskakiwać.Jest średniowieczny klimat, musi być i danse macabre. Śmierć, śmierć, śmierć, śmierć, śmierć, odrobina szczęścia, checkpoint, po czym wszystko od nowa. Nie, proszę, nie przywołujmy tutaj wiadomej serii. To trudna platformówka, po prostu. W duchu produkcji z czasów pierwszego PlayStation (kto jeszcze pamięta Pandemonium? Pierwsza odsłona też bazowała na takich realiach). Przy czym pamiętajcie, że to tytuł właściwie budżetowy. Nie zawsze wizyta w zaświatach będzie spowodowana wspaniale zaprojektowanym wyzwaniem. Czasem wywiniecie orła przez detekcję kolizji, dziwną fizykę skoków lub z powodu broni, która zawsze się pojawiała przy tym kamieniu, a tym razem najwidoczniej wyjechała na wczesną majówkę. Pomijając fatalny przypadek bossa drugiego świata (serdecznie cię nie-pozdrawiam, trzygłowy gadzie), prawie wszędzie balans jest wyważony jednak na tyle dobrze, bo brnąć dalej z własnej chęci. To również przypomina mi popołudnia z Szarakiem.Dla wielu - tak jak dla mnie - sporym wabikiem będzie atmosfera z pogranicza dark fantasy. Nic dziwnego, skoro za Castle of Heart odpowiada polskie studio. Dlatego można napisać, że to platformówkowy Wiedźmin (pierwszy) albo zręcznościowe Kingdom Come: Deliverance. Czasem słowiańsko, czasem po prostu mroczno. Kamienny rycerzyk przemierzy ubogie wioski, mury fortecy, cuchnące bagna, autentycznie nienudne wizualnie jaskinie, górskie zbocza lub opuszczone zamki. Nawet jeśli oprawa nie jest najwyższych lotów, dbałość o szczegóły otoczenia jest wystarczająca, by chcieć ten klimat niuchać jak najdłużej. Szczerze żałowałem, że po napisach końcowych (do których dotarłem po jakichś pięciu czy sześciu godzinach) nie odblokował się piąty, ukryty świat. Zostałbym w tym typowym przecież, ale unikalnym dla tego gatunku świecie dłużej.Tylko muszę Was regularnie ostrzegać, że rozgrywka ma prawo i zdecydowanie może komuś nie przypaść do gustu. Szczęśliwie, żyjemy w epoce powszechnego dostępu do wszystkich informacji, więc jeżeli ktoś ogląda tę grę - w ruchu, na zdjęciach - oraz ma takie dziwne przeczucie, iż mogłaby trafić w jego gust, a przeczucie nie mija podczas czytania mojego tekstu, to dzieją się niezbędne cuda. Potrafię sobie wyobrazić małe nisze wyjadaczy wokół Castle of Heart, maniaków przechodzących całe światy na jednym życiu i ustalających coraz bardziej nieludzkie rekordy. O ile, rzecz jasna, tytuł kiedykolwiek ukaże się na pozostałych sprzętach niż Switchu. Ja bym na przykład z chęcią wrócił i przebiegł całość raz jeszcze, tym razem zbierając wszystkie fioletowe kryształki. Byłaby to fajna wymówka, by ponownie zweryfikować moje rozbite wrażenia.