Sama rozgrywka ma jeden, kluczowy problem. Nazywa się on Titanfall 2. Po zagraniu w dzieło Respawn Infinite Warfare wygląda jak nieporadny klon formuły Call of Duty. Już dawno gra z tej serii nie wydawała mi się tak powolna. Gracze niby mogą biegać po ścianach i robić długie wślizgi, ale mapki ewidentnie nie zostały zaprojektowane z myślą o promowaniu takich zachowań. Każda ma jeden, dwa skróty do pokonania biegiem po ścianie i tyle. I tak będą obstawione. Wielka szkoda, że zupełnie nie wykorzystują one kosmicznej scenerii do jakichś niestandardowych akcji. Ok, czasem ciała unoszą się po śmierci, ale to wszystko. Czy starcia w zerowej grawitacji to naprawdę zbyt wiele? A walki myśliwców? Po co ten cały kosmos, skoro się z niego nie korzysta? Mapy znowu są też ciaśniutkie, co oznacza, że często są na nich ze dwa główne miejsca starć, które różnią się w zależności od trybu. A respawn o 3 kroki od kolejnej śmierci to norma.Pewnie, że w jakimś stopniu nie jest to wada, a po prostu charakterystyka tej serii. I nie brakuje graczy, którzy to lubią. Ale nawet dla nich Infinite Warfare będzie po prostu kolejną porcją tego samego. Bo trudno znaleźć w multiplayerze Infinite Warfare coś, co wyróżniałoby tę odsłonę spośród innych. A bycie "kolejnym Call of Duty", to w tym roku wyjątkowo mało, bo Titanfall 2 jest szybszą, bogatszą i zwyczajnie świeższą alternatywą dla fanów dynamicznej rozgrywki. I nie zalatuje od niego mikrotransakcjami, które w grze Infinity Ward są oczywiście obecne. Przy czym tym razem sami możemy stworzyć wymarzoną broń, jeśli mamy wystarczająco dużo materiałów do craftingu. Gdy giniesz, widzisz z czego korzystał twój kat. Ujmijmy sprawę tak - balans rozgrywki jest tu dobrą wymówką dla głupiej śmierci.Tegoroczna przygoda z zombiakami podoba mi się bardziej niż poprzednia. Wesołe miasteczko, które toczy plaga nieumarłych jest przede wszystkim czytelniejszą miejscówką. Niestety zepsuty matchmaking oznacza, że bez trójki znajomych, którzy kupią Infinite Warfare zabawa będzie kuleć. Albo po prostu mi nie udało się zapełnić czterech miejsc ekipą o podobnym poziomie. Niby da się grać nawet samemu, ale... nie jest to optymalny sposób na zwiedzanie Spacelandu. Czterech graczy nakręca akcję, a kapitalny soundtrack z Final Countdown zespołu Europe na czele pozwala uwierzyć, że faktycznie mamy lata 80. Mnóstwo tu sekretów, mnóstwo pobocznych atrakcji. Jest gdzie topić godziny. Pod warunkiem, że mamy z kim. A cała zabawa jest tak mocno oderwana od pozostałych trybów, że zastanawiam się czemu Activision nie sprzedaje jej osobno. Kupować całe Infinity Warfare, by pobiegać z kumplami po truchłach zombiaków? Gdzie tam. Ale gdyby był to osobny produkt, pewnie łatwiej byłoby "sprzedać go" znajomym.Niech sobie wzywa. 2016 rok dzięki Titanfallowi to dobry moment, by wziąć sobie od Call of Duty wolne. I dać Activision do zrozumienia, że ta formuła już się wyczerpała. Coraz bardziej futurystyczne odsłony dotarły do ślepej uliczki. Kampanii brakuje pazura, a multiplayer jest zaledwie kompetentnym dodatkiem do zeszłorocznych pomysłów. Zagrać można, bo to wciąż Call of Duty. Ale tak wyprane z emocji, że wygląda jak własna podróbka. Tytuł pozbawiony wyrazu tak samo jak Call of Duty: Ghosts. I dużo gorszy niż Black Ops 3.