To takie fajne uczucie - uczestniczyć w opowieści Pierwsze „Borderlands” miały fabułę? Niestety zupełnie jej nie pamiętam, była tak słabo poprowadzona i tak niewyraźnie uwypuklona, że z gry kojarzę jedynie tablice z ogłoszeniami i często niezwiązane ze sobą misje. Gearbox poszedł w „Borderlands 2” zupełnie inną drogą. Widać to przede wszystkim w fabule, która jest tym razem nie tylko wyraźna, ale też bardzo fajnie poprowadzona, wciągająca, obfitująca w niezłe zwroty akcji. Można się wkręcić i poczuć częścią sprawy, w której uczestniczymy. Co więcej, misje w kampanii są bardzo zróżnicowane, praktycznie nie traficie na dwie takie same - będzie więc eskortowanie pokręconego Claptrapa, wspieranie ruchu oporu, atak na pociąg czy misja ratunkowa. Część pobocznych zadań (czasem obowiązkowych, ale w większości dobrowolnych) też ma często związek z głównym wątkiem fabularnym, co jeszcze bardziej pozwala nam poczuć się częścią przygody. Doskonale poprowadzono nawet poboczne zadania, których próżno już szukać na tablicach ogłoszeń. Nad niektórymi niezależnymi bohaterami pojawiają się teraz bowiem żółte wykrzykniki, co oznacza, że mają oni dla nas ciekawą misję, której możemy się podjąć. I nawet jeśli polega ona na znalezieniu konkretnych przedmiotów czy wybiciu określonej liczby wrogów, praktycznie zawsze okraszona jest humorem lub fajną, krótką historyjką. Przykłady? Proszę bardzo - przezabawnie wygląda ciąg misji, w których mamy zabijać wyznawców kultu ognia. Wykonywanie pokręconych zadań dla trzynastoletniej Tiny Tiny wywołuje niepohamowane ataki śmiechu. Tak szalonej małolaty nie spotkacie w żadnej innej grze. Skoro o żartach mowa, w „Borderlands 2” humor z każdej strony wylewa się hektolitrami. Jest widoczny absolutnie wszędzie, w opowieściach, krótkich filmikach, misjach, a nawet zachowaniu niektórych wrogów. No i powiedzcie, czy jeśli główny czarny charakter nazywa się Przystojny Jack, możemy w ogóle mówić o powadze?