Daj żyć żywym, daj spoczywać zmarłym - Recenzja The Way
Śmierć bliskiej osoby nieraz powoduje rozpacz, prowadzi do pochopnych decyzji albo przeciwnie, poczucia kompletnej bezradności. CZASEM TEŻ ZMUSZA CIĘ DO RZUCENIA PRACY, ŻYCIA I PLANETY TYLKO PO TO ŻEBYŚ SZUKAŁ ŹRÓDŁA WIECZNOŚCI, BO KURCZĘ, SENTYMENTALNOŚĆ FTW. Kickstarterowa produkcja dwóch Polaków (plus muzycy i tłumacze) to w skrócie dwuwymiarowy hołd dla „krótkometrażowych” dzieł Erica Chahi, więc jednocześnie czerpie z twórczości swojego protoplasty i główna linia fabularna w niej przedstawiona jest prostacko urocza, niźli zaskakująca. Sama rozgrywka robi dla platformówek to co Half-Life dla gatunku FPS - co chwila stawia nas w nowych sytuacjach, podsuwając nam kolejne, różnorodne gadżety, ale także zabiera je, by ukierunkować nasze działania. Aha. Dodatkowo potrafi dobitnie udowodnić graczowi, że nie jest cierpliwy. Już nie jest. Droga znajoma. Ale o co się rozchodzi, zapytacie. W zurbanizowanej przyszłości, gdzie lot w kosmos to nie kwestia pytania „jak?”, tylko „gdzie?”, korpo-pracownik wyrywa się uścisku swoich przełożonych, tuż po śmierci biznesowej oraz życiowej partnerki i z określonym zamiarem rezurekcji swojej lubej postanawia wyruszyć na dawniej badaną planetę właśnie przez byłą ekipę wdowca. Jego międzyplanetarna Droga pełna przygód, niepewnego gruntu pod stopami czy nieoczekiwanych przyjaźni, może doprowadzić tylko do zapętlenia się sentymentalnej rozpaczy lub odwrotnie - przemiany wewnątrz protagonisty.