To film, który ma problemy. Ma je dlatego, że nie jest tylko bezpieczną, zachowawczą kopią oryginału, jak wiele współczesnych sequeli hitów sprzed lat. Jest czymś oryginalnym, nowym i dlatego pod pewnymi względami będzie wzbudzał kontrowersje. I bardzo dobrze - Blade Runner musi trochę „uwierać”.Kontynuacja "Łowcy androidów" nigdy nie była dobrym pomysłem. Wiedział o tym jej reżyser, Denis Villeneuve, wiedział Ryan Gosling, który wciela się w niej w główną rolę, wiedział powracający Harrison Ford. Villeneuve powtarza zresztą w wywiadach, że kiedy pierwszy raz usłyszał o planach producenta, pomyślał: „Cóż za cudowny, fascynujący, zły pomysł”. A jednak jakoś się udało.Udało się chyba przede wszystkim dlatego, że Blade Runner 2049 nie próbuje odtworzyć oryginału, powtórzyć tego, co w nim wyszło, a wykorzystuje jego podstawy do opowiedzenia zupełnie nowej historii z nieco inaczej położonymi akcentami. Oczywiście odwołuje się do starego "Łowcy androidów", ale przede wszystkim koncepcyjnie, nie pod względem konstrukcji fabuły czy postaci. Po raz kolejny jest to więc historia o istocie człowieczeństwa, nieco rozszerzona przez wprowadzenie tematu sztucznej inteligencji i większemu niż w oryginale naciskowi na rolę wspomnień.To, co jest całkowicie nowe, to scenariusz. Przede wszystkim cieszy, że opowiadane wydarzenia mają sens. Widz rozumie, dlaczego świat przedstawiony zmienił się tak, jak się zmienił, co dzieje się z bohaterami, dlaczego fabuła toczy się tak, a nie inaczej. Nie ma tu tego uczucia obcowania z jakimś tanim, fanowskim dziełem bez pomysłu. Blade Runner 2049 potrafi też zaskoczyć, ale i bez tanich sztuczek czy wyciągania królika z kapelusza.Stąd trochę problem z pisaniem o tej historii. Chciałoby się wyjaśnić, dlaczego działa ona tak dobrze, ale wymagałoby to zdradzania jej szczegółów albo przynajmniej zarysu. A to taki film, że nie chce się przyszłemu widzowi mówić nawet drobnego detalu. Już w pierwszych 10 minutach robi coś tak sprytnego i ciekawego, że chce się powiedzieć pod nosem: „ej, dobre!”. Niby to sam początek, ale nie zdradzę, o co chodzi. Fajnie jest pozwolić zrobić to samemu reżyserowi.