Nagle okazuje się, że stosowanie taktyki jak najbardziej ma sens, bo Battlestar jako jedyny okręt w grze dysponuje skuteczną ochroną przed rakietami i myśliwcami wroga – działkami przeciwlotniczymi, powszechnie zwanymi „flakiem”. Pamiętacie, co się działo, kiedy ożywały one w serialu? W grze jest dokładnie tak samo: piekło ognia i odłamków, w które jeśli coś coś wleci, zostanie przerobione na żyletki. Jednak żeby nie było za łatwo, jest to obosieczny miecz i zautomatyzowanym działkom wszystko jedno czy rozwalają Raidery, Vipery, czy… wystrzeloną właśnie z pokładu Battlestara głowicę jądrową, która eksplodując skutecznie pozbawia nas opancerzenia na całej burcie.Ten jeden okręt i tak naprawdę jedna umiejętność specjalna powodują, że musimy całkowicie zmienić sposób, w jaki rozgrywaliśmy bitwy. Koniec ze ślepym posyłaniem jednostek i waleniem do przeciwnika w nadziei, że jego okręty skończą się szybciej niż nasze.Deadlock to gra turowa i, co za tym idzie, niezbyt dynamiczna. Najpierw mamy fazę wydawania rozkazów, a następnie przez kilkanaście sekund podziwiamy, jak okręty je wykonują. I tak w kółko, a kto widział choć jeden odcinek "Battlestar Galactica" wie, że to właśnie dramatyczne bitwy w kosmosie odpowiadały za niesamowity klimat serialu. Dlatego twórcy dodali do swojej gry system powtórek, w którym potyczkę widzimy jako ciągłe, pełne solidnego naparzania wydarzenie. Jest nawet charakterystyczna, trzęsąca się kamera.Teraz pojawiają się manewry; Battlestar prowadzi, a kiedy nadchodzi odpowiedni moment, ustawia się burtą do wroga i odpala flak, za którym chowają się krążowniki rakietowe. Głowice przeciwnika zniszczone, pora wyłączyć działka i odpalić swoje salwy, po których trzeba wznowić ostrzał, bo myśliwce tosterów latają w cholernych chmarach. A jeszcze w międzyczasie trzeba uważać na nasze Vipery, żeby przypadkiem nie wpadły w śmiercionośną chmurę.Wiecie, co mi to wszystko przypomina? Jest taka seria książek Jacka Campbella, „Zaginiona flota”. Nie wdając się w szczegóły, od stu lat trwa wojna między dwiema frakcjami i jedna z nich odnajduje człowieka, który cały ten okres spędził zahibernowany w kapsule ratunkowej. Ponieważ okazuje się być żywą legendą (i nikt z wyższego dowództwa nie został przy życiu), szybko mianują go admirałem, co prowadzi do zmian w sposobie prowadzenia walki. Nie ma już bezsensownego tracenia okrętów poprzez bezmyślne szarże, teraz wszystko jest przemyślane, a taktyka dopasowywana jest do warunków panujących na polu bitwy. I dokładnie tak samo jest w przypadku Battlestar Galactica: Deadlock.A jeszcze lepiej robi się, kiedy niezbyt rezolutną sztuczną inteligencję zamienimy na żywego przeciwnika w multiplayerze. Nie ma nic lepszego od konieczności przewidywania ruchów kogoś nieprzewidywalnego. Bo ten ktoś może nagle stwierdzić, że staranuje nasz okręt, co jest możliwe i czego SI nigdy nie robi. I o czym przekonałem się w bolesny sposób, kiedy mój kumpel wpakował swojego Basestara w mojego Jupitera. Basestara? Przecież to okręt tosterów. No tak, w multiplayerze da się nimi grać i aż szkoda, że twórcy nie pokusili się o drugą kampanię właśnie Cylonami, bo sposób gry nimi jest zupełnie inny.Deadlock to świetna gra i jeśli jesteście fanami nie tylko BSG, ale po prostu kosmicznych strategii, lećcie na Steama i go kupcie. Kosztuje 37 euro, czyli niemało, ale będziecie zadowoleni jak FRAK! Tylko nie ma się co oszukiwać, tej grze zabrakło budżetu, a twórcom doświadczenia. Interfejs jest toporny i momentami nieczytelny, mapa strategiczna zbędna, a jak się uprzeć, w ogóle nie trzeba dbać o różnorodność okrętów we flotach – wystarczą dwa.