Kompetencje medyka uszczuplono też nieco w kontekście odzyskiwania zdrowia. Podobnie jak w Call of Duty gracz dysponuje apteczkami, pozwalającymi podleczyć się w czasie walki. Różnica względem produkcji Activision jest taka, że nową otrzymujemy dopiero po respawnie (w Black Opsie 4 leczenie to umiejętność z krótkim cooldownem) lub od medyka, pasek życia odnawia się natomiast po jakimś czasie samoistnie. Nastawienie na wspólnotę jest zatem w Battlefieldzie V zarysowane od podstaw rozgrywki aż po ekran wyników, gdzie zamiast najlepszych graczy, prezentuje się właśnie najlepsze teamy.Parę słów o mapach. Tych jest osiem, ale patrząc na ich rozmiar, jest to i tak imponująca ilość. Lokacje w większości są po prostu rewelacyjne. Już pierwszy sprint przez pola rzepaku na mapie Arras to olśnienie, a są też przecież dwie zimowe mapy. Trochę mniej ciekawa jest wioska, ale to tylko dlatego, że ciężko mierzyć się z zaśnieżonymi fiordami. Po górzystym, zaśnieżonym terenie biegało mi się po prostu fantastycznie. Z terenów miejskich mamy tym razem imponujący na pierwszy rzut oka Rotterdam. Na pierwszy rzut oka natomiast dlatego, że jest to lokacja mocno premiująca jednak granie snajperem – czego w multikach nie lubię. Mniej spodobały mi się też dwie afrykańskie mapy i chyba nie jestem w tym odosobniony – udało mi się na nie trafić dopiero po skorzystaniu z ręcznej wyszukiwarki serwerów i pogodzeniu się z wyższym pingiem.Trybów zabawy też jest osiem, a poza wspomnianym podbojem mamy też np. dominację (pomniejszony podbój bez pojazdów), TDM, linia frontu czy przełamanie. Ogólnie nic tu szczególnie nie zaskoczy fanów Battlefielda. Jest też wreszcie tryb Grand Operation, gdzie gra przy wykorzystaniu motywów znanych z innych trybów skleja nam coś na wzór mini kampanii fabularnej. Ta toczy się w trakcie kilku dni, a na jej przebieg mają wpływ wyniki poszczególnych starć. Rzecz ogółem przyjemna, acz mocno czasochłonna.System rozwoju w Battlefieldzie V jest ogólnie dość złożony. Obecnie mamy do zdobycia 50 poziomów konta, ale także po 20 poziomów dla każdej z czterech klas. Osobno levelujemy też bronie i pojazdy, odblokowując dla każdej z tych rzeczy ulepszenia. W przypadku klas mamy też dostępne od ósmego poziomu podklasy, których wybranie nieco modyfikuje umiejętności naszego żołnierza – nie na tyle jednak, by np. zwiadowca przestał nagle nim być. Różnice sprowadzają się do szybszego dostrzegania, krótszych cooldownów na niektóre rzeczy etc. Te rzeczywiście wpływające na zabawę odblokowujemy całkowicie bezpłatnie, po prostu zwiększając poziom danego gadżetu.Kosmetykę kupimy natomiast za kasę kompanii i tu na scenę wkracza nowy model monetyzacji gry, zastępujący season passa. Walutę premium zdobywamy też za wykonywanie wyzwań, rozgrywanie meczy i zdobywanie kolejnych poziomów. Stawiam, że ten element mocno rozczaruje fanów kompletowania wszystkiego, co się da. Same skórki nie są może przesadnie drogie i podczas normalnego grania dość często stać nas na dokupienie nowej. Problemem w praktyce jest jednak ich liczba.By w pełni spersonalizować wizualnie byle karabinek osobno musimy zapłacić za muszkę, wylot lufy, zamek, estetyczną kolbę i inne – w efekcie więc choć skórki są w miarę tanie, żeby rzeczywiście wprowadzały wielkie zmiany, trzeba ich kupić kilka.Grosz do grosza i wychodzi spora suma..., a jeżeli jeszcze weźmiemy pod uwagę, że poza odpicowaną pukawką fajnie byłoby też mieć ciuszki dla każdej z czterech klas, a także dla pojazdów i pomnożymy przez dwa wojenne fronty... bez sięgania po portfel trochę czasu na to wszystko zejdzie. Sam akurat – jako gracz, który ma wylane na to, jak ładnym zlepkiem tekstur biega – przyjmuję tego typu rozwiązanie po zeszłorocznym Battlefroncie 2 z otwartymi ramionami. Jako recenzent solidaryzuję się jednak z tymi, dla których sieciówka nie może kończyć się na gameplayu i odblokowaniu lepszego przycelowania. I sam znów trochę nie rozumiem, jak taka zabawa w skórki właściwie wzbogaca klimat II wojny światowej...Na tę chwilę Battlefield V rokuje więc świetnie, choć w paru elementach nie sprawia niestety wrażenia gry kompletnej. Chociaż dostępnej w dniu premiery zawartości jest dosyć sporo, gra ma jednak pewne braki. To pokazuje tylko jak dużą rolę w odbiorze gier odgrywa nazewnictwo – jeżeli o niedostępnych jeszcze elementach jak Battle Royale czy misje coop powiemy „bezpłatne dodatki” popremierowe, wszystko brzmi bardzo ładnie. Ale...O ile nie brakuje tu kolejnej mapy, tak już przerwana w 3/4 kampania sprawia wrażenie zwyczajnie niedokończonej na czas. Albo na co wygląda wam fakt, że wielu graczy zdobyło 50 level jeszcze przed premierą, bo progi punktowe na kolejne stopnie nie rosną zbyt szybko? Tutaj dodanie kolejnych rang za jakiś czas też nazwiemy celowym działaniem producenta wyrównującym szanse czy może zaczniemy się zastanawiać, na jakim etapie jest tworzenie kolejnych stopni rozwoju? Albo to, że dość szybko za levelowanie dostajemy już tylko bonus w postaci odrobiny waluty premium. Czy promowane podczas targów w tym samym czasie co reszta gry Battle Royale to też tylko dodatek, czy może element, którym gra miała solidnie zawalczyć z Call of Duty? Zwłaszcza, że jego strzępy dostępne są w dogrywce wielkich operacji...Niemniej jak na tak nieudaną kampanię marketingową gra DICE schodzi z ringu po pierwszej rundzie o własnych siłach. Prezentuje bardzo dobrą formę, ale jednocześnie ma jeszcze coś do udowodnienia, nim wrzucimy ją do zestawień najlepszych... To najsłabszy single od dawna, ale też jednocześnie prześwietny multiplayer. Pewne kontrowersyjne decyzje EA, spowodowane zapewne terminami sprawiają jednak, że pacjent choć ogólnie dość zdrowy, winien jeszcze parę razy stawić się do specjalisty na obserwację.