"Filmy Marvela zawsze przebiegają według tego samego schematu". Powyższe akapity już trochę wyjaśniły, że "Infinity War" idzie świeżym szlakiem. Nie oznacza to, rzecz jasna, iż największa zadyma nie czeka grzecznie na ostatni akt albo ktoś zrezygnuje ze zwiedzenia sporej części barwnego kosmosu w pierwszej połowie, gdy można spiknąć ziemskich bohaterów ze Strażnikami Galaktyki. Przejrzysta odpowiedź wymagałaby niemniej zepsucia wielu wątków. Ograniczę się zatem do ostrzeżenia, że przez te niemal trzy godziny nie ma bezpiecznej chwili na wyjście do toalety, a wyglądająca już zza rogu kontynuacja umożliwia wiele formalnych eksperymentów.Biorąc pod uwagę, ilu bohaterów, których poznawaliśmy przez lata i kojarzymy nierzadko niczym własnych kumpli, zbiorą na jednym ekranie reżyserzy, trudno oczekiwać oddania sprawiedliwości wszystkim. Podjęto słuszną decyzję rozbicia cyrku na trzy grupy, dzięki czemu uniknięto dialogów rodem z finału japońskiego erpega, gdzie każda z dwudziestu postaci po kolei przekazuje ten sam komunikat innymi słowami. Niemniej niektórzy zostali zredukowani do dwóch lub trzech, nie zawsze poważnych zdań. Jeżeli wypadło akurat na Waszych ulubieńców, musicie to przełknąć. Taka cena ilu... ponad trzydziestu celebrytów w jednej produkcji?Żadne to również zaskoczenie, że "Wojna bez granic" reprezentuje najwyższą ligę pod względem akcji, choreografii, ilości efektów specjalnych. Pod względem "widowiska", jednym słowem. Hej, to film braci Russo. Tych gości, którzy starli ze sobą Iron Mana i Kapitana Amerykę w "Wojnie bohaterów". Teraz mogli zrobić cały film właśnie w tym stylu. Cieszą drobne smaczki oraz niedorzeczne współprace, radują sprawnie wykorzystane umiejętności każdego wojownika. Trzęsaca się kamera, z której słyną twórcy, została ostro zredukowana, nie brakuje pięknych ujęć, a komiksowych kadrów w zwolnionym tempie a'la Joss Whedon, poza tym znanym ze zwiastuna, praktycznie nie uświadczycie. Inaczej też ogląda się marvelowisko, gdy wiemy, że przeciwnik ma wystarczającą potęgę, by uszczuplić roster naszych ulubieńców.Tutaj musimy się zatrzymać. Nawet gdyby trzeci "Avengersi" nie byli najlepszym filmem w Marvel Cinematic Universe, z pewnością będą obrazem najważniejszym. Tym, do którego to wszystko dążyło przez dekadę i przez który będzie musiało się diametralnie zmienić w latach następnych. Historycznym momentem w sumie, o ile na Marvelu mieliście okazję się wychować. Zresztą znacie moje zdanie od pierwszego akapitu. Nie pozwólcie, by Wasza nieświadomość rozwiała się niczym proch na wietrze, gdy internet rozpocznie swój rytuał. Największą wadą "Wojny bez granic" za kilka lat, jak sądzę, będzie właśnie fakt, że tylko przez krótką chwilę była "ostatnim" filmem Marvela. Skorzystajcie z tego.