Nie znaczy to, że walka jest zła, ma swoje momenty, szczególnie jeżeli wrogów jest trochę mniej i można myśleć o świadomym parowaniu czy unikach. Bywa satysfakcjonująca i nie da się ukryć, że jest w stosunku do poprzednich części dużą nowością.Okiem Macieja Kowalika: Dominik trochę się zna, a trochę nie. Tak, Origins spełnia oczekiwania i z czystym sumieniem polecam go każdemu, kto szuka nowej, wielkiej przygody. Świetnie miesza nowe ze starym i udowadnia, że seria już dawno powinna zrobić sobie urlop na przemyślenie kilku rzeczy. Kolega myli się tylko w temacie skradnia. To bez dwóch zdań najciekawiej zaprojektowana skradanka w serii. Nie ma jednej właściwej drogi - jest ich wiele. Oczyszczanie garnizonów na różne sposoby pachnie tu mocno Far Cryami i bawi przepysznie.Można ją cenić choćby za to. Ale trudno mi sobie wyobrazić kogoś, kto wyczekuje z zapartym tchem kolejnych pojedynków z wrogami.Szkoda, bo jest tej walki naprawdę dużo. Owszem, skradanie się ciągle jest istotnym elementem Assassin’s Creed: Origins, ale chyba bardziej niż kiedykolwiek ta gra nie jest zaprojektowana jak skradanka. Nie ma już w niej praktycznie w ogóle tych sekwencji „logicznych”, kiedy mamy jakąś planszę, przemykających po niej wrogów i „właściwy sposób” na przekradnięcie się między nimi. Pojawiały się one jeszcze w Syndicate, tutaj zupełnie tracą rację bytu - pozostawanie w ukryciu jest na ogół możliwe tylko do czasu.To, co się jednak przy tym systemowi walki udało bardzo dobrze, to zaznaczenie różnic pomiędzy poszczególnymi broniami. We wcześniejszych odsłonach serii nie miało praktycznie znaczenia, czy walczymy mieczem, toporem czy halabardą, skoro całość i tak sprowadzała się do czekania na właściwy moment i naciśnięcia jednego przycisku. Teraz bronie różnią się istotnie zasięgiem, szybkością zamachu i zadawanymi obrażeniami.Każdej z nich trzeba się więc nauczyć, każdą opanować, szybko zaczynamy też preferować jedne bardziej od drugich - ale w naturalny sposób, bo lepiej się nam nimi walczy, a nie dlatego, że mają +5 do czegoś. Ba, Assassin’s Creed: Origins ma nawet przydatne i fajne w użytkowaniu łuki, w dodatku faktycznie się od siebie różniące. Do tego stopnia, że szybko przestaje śmieszyć bardzo dosłowny podział na „pistolety, karabiny maszynowe, strzelby i snajperki”. Chociaż system walki nie pasjonuje, to przynajmniej przez jakiś czas - do momentu, aż czujemy, że dobrze poznaliśmy wszystkie typy broni - wciąga właśnie ich odkrywaniem.Assassin’s Creed: Origins to gra wielka, która nawet komuś, kto chce ukończyć tylko główny wątek zajmie ponad 20 godzin. Tym, którzy zechcą się zajmować zadaniami pobocznymi (a naprawdę warto!), przeszukiwaniem grobowców, odkrywaniem sekretów, może dać spokojnie drugie tyle zabawy. Tego zapewne można się było spodziewać.Czego oczekiwać można było może trochę mniej, to jak odkurzona wydaje się ta seria. Dzięki inteligentnym zmianom i inspiracjom twórcy tchnęli w „asasyna” świeżość, jakiej nie miał od dawna.