To standardowe zagranie, że wydawca konsoli wypluwa również te pozycje, które najlepiej wykorzystują jej technologiczne bajery. Wszystko, żebyście dokupili drugie Joy-Cony. Znany nam kalendarz premier nie zwiastuje żadnej większej gry ruchowej. Ale tutaj pies pogrzebany - Arms jest wystarczająco atrakcyjne, by dodatkowy wydatek rozważyć. Niemniej - w przeciwieństwie do Super Smasha - nawet w pojedynkę znajdziecie tutaj ogrom opcji.Choć piszemy o "bijatyce w sosie Nintendo", nadal piszemy o bijatyce. Zestaw ciosów wszystkich postaci jest wątły w porównaniu z Tekkenem. Ale kreatywne sposoby ich wykorzystania nie kończą się na machaniu sprężynopiąchami jak poparzeni. Ba, z masherskim podejściem nie sposób tutaj wygrać niczego, a na serwery w ogóle wstyd wchodzić. Dobrze wymierzony skok często decyduje o wygranej (lub przegranej, bo przecież przeciwnik też może przeskoczyć Wasz chwyt i spuścić łomot). Znajomość słabych stron poszczególnych herosów - od podstaw w stylu "wielka mumia rusza się jak mucha w smole" do profesjonalnego "podkręcę naładowany elektrycznością cios w momencie, gdy on puści specjala" - przychodzi z czasem. Podobnie jak sprawne reakcje na losowe dopałki, które pojawiają się na arenach. Lepiej orientujesz się w portfolio Nintendo i myślałeś "a, kolejny Punch-Out!! z Wii"? Myślałeś źle. Ja też, przyznaję.Słusznie zatem, że mecze rankingowe ukryte są za finałem jednoosobowej "kariery" na pierwszym z dojrzałych (czyt. "naprawdę wymagających") poziomów trudności. Główny boss da Wam taki wycisk, że siłą rzeczy nauczycie się grać dobrze. Skoro przy Grand Prix jesteśmy - nic wielkiego, kilka pojedynków wymieszanych z tutejszymi minigierkami (fanem wybuchowej siatkówki nie będę, ale koszykówka, gdzie wsady robi się przeciwnikami, to ogień). Służy wyłożeniu wszystkich postaci i dedykowanych im zestawów tytułowych rączek. Tak, jest ich dużo. Dodatkowo na lewą rękę można założyć inną niż na prawą i tworzyć własne asy w rękawie pod te natrudniejsze starcia. Wracając do Grand Prix - typowe, starodawne. Ale możliwe do przejścia w lokalnej kooperacji, co zdecydowanie warto wspomnieć.Prędzej czy później zabawę przerzucicie do multiplayera. Przed jednym telewizorem, jak wiemy, w zależności od liczby posiadanego sprzętu. Ale dzielony ekran to zaledwie wisienka całości. Główną częścią tortu jest rozgrywka sieciowa. Bardzo długo zwlekaliśmy z recenzją Arms, ponieważ chcieliśmy mieć pewność, ile frajdy dostarcza zalogowanie się na serwery. Opcje są dwie: bicie imprezowe oraz rankingowe. To drugie w zasadzie niczym nie różni się od standardowych pojedynków - walka do dwóch wygranych i uzależniony od wyniku wskaźnik progresu. Dodatkowo - fura wewnętrznej waluty, potrzebnej do zdobywania następnych zestawów rękawic. Ogromny stres, szalona satysfakcja. Zwłaszcza gdy widzisz, że Twój oponent też stara się ze wszystkich sił, a poziomem umiejętności spokojnie Cię przerasta.