Pięć lat to dużo, tak w kontekście samej branży, jak i naszego nastawienia do różnych kwestii. Zmieniają się standardy, co innego staje się modne, a inne rzeczy przestają być trendy. To właśnie w takich warunkach BioWare dowodzi, że mimo potknięć (zwłaszcza gdy chodzi o smoki i dwójkę w tytule) jego ekipa zdolna jest do utrzymania pewnego poziomu. Celowo, przechodząc pierwsze dwie części Mass Effecta ponownie, zająłem się bazą Zbieraczy na krótko przed debiutem „trójki”. Mając sentyment do wcześniejszych rozdziałów, ale też będąc zapoznanym z nimi „na świeżo”, najłatwiej jest docenić, jak wiele zdziałano w finale trylogii.
Przez te pięć lat szykowaliśmy się na ostateczne starcie ze Żniwiarzami, werbując kompanów, ratując ważne osobistości, ba, wysadzając całe planety. Cieszę się, że z serią zetknąłem się właśnie w 2007 roku – znając każdy jej szczegół, można bardziej docenić najnowszą część.
Mój Shepard ewoluował wraz z wydarzeniami. Z całkowicie praworządnego biotyka stał się żołnierzem pozbawionym większości mocy i części skrupułów, ale za to niezwykle sprawnym na polu bitwy. A teraz siedzi uziemiony. Powód? „Shit you have done” – krzyczy admirał Anderson w pierwszych minutach Mass Effecta 3, ale polska wersja ugrzecznia tę wypowiedź. Z początkowego procesu, który miał ustanowić ton gry, niewiele zostało po zakończeniu cyklu produkcyjnego. Ledwie dwie wypowiedzi Sheparda, a potem już przejście do właściwej akcji.
Ziemia jest atakowana przez Żniwiarzy.
new WP.player({ width:610, height:343, autostart:false, url: 'http://get-2.wpapi.wp.pl/a,61764431,f,thumb/0/8/d/08d4f57210bcb66599ae3ab3cc74b21b/fecf4bbe7a15e3253140f65c03820e85/me3_single_gotowy2.mov', });Gramy w jedną z misji kampanii jednoosobowej i komentujemy to, co widzimy. Wersję wideo w wyższej rozdzielczości znajdziecie pod tym adresemFaktycznie po pierwszych minutach wiemy już, co też będzie naszym nadrzędnym celem. Powrót na ojczystą planetę, jednak wraz z wszelką możliwą pomocą. Inwazję istniejących od mileniów maszyn trzeba zakończyć, jednak po drodze czeka na nas polityka, walka i dużo główkowania.
Część pierwsza trylogii zasypywała wieloma umiejętnościami, rozwijanymi co każdy poziom doświadczenia. „Dwójka” bardzo okroiła ten system, doprowadzając grających do pewnego zagubienia. Wyborów było niewiele, najczęściej cztery zdolności, udoskonalane co jakiś czas w przypadku towarzyszy, lub kilka więcej na karcie naszego komandora. Uruchamiając pierwszy raz okienko skilli, a wspomnę tylko, że importowałem bohatera na 30 levelu, mile się zaskoczyłem. Wydaje się, że znaleziono złoty środek pomiędzy różnorodnością a skondensowaniem.
I tak na przykład granie dwukrotnie żołnierzem może być nieco inne (nie przesadzałbym też w drugą stronę...), zważywszy na fakt, że każda z umiejętności ma sześć poziomów, z czego kilka ostatnich pojawia się w dwóch wariantach. Czy wybierzemy promień wybuchu, czy też moc uderzenia? Osobiście zawsze idę w obszarowość skilli, co na normalnym poziomie trudności przyśpiesza eliminowanie gromad. Preferujący inny styl zapewne się z tym nie zgodzą, ale po to właśnie dano te opcje.
Samą walkę odbiera się inaczej. Jest płynniejsza, bardziej intuicyjna i dynamiczna. To już nie chowanie się za murkiem i spamowanie mocami biotycznymi. Gwarantuję, że takie podejście szybko skończy się informacją o porażce misji – BioWare naprawdę udało się wymusić na nas ruch i bardziej strategiczne rozprawianie się z oponentami.
Wszystko dlatego, że w trzech głównych grupach przeciwników pojawiają się jednostki, z którymi poradzimy sobie łatwiej lub gorzej. Nawet jeśli szybko wyeliminujemy Kanibala, posiłkującego się akurat kolegą, ta sama taktyka nie pomoże na opancerzonych przeciwników, kryjących się dodatkowo za tarczą. Strzał ze snajperki w niewielki otwór w osłonie to niesamowity widok, prawdziwa poezja, dająca olbrzymią satysfakcję.
Nie zamierzam na tym etapie komentować treści fabuły, natomiast w rozmowach redakcyjnych poruszyliśmy kwestię jej prowadzenia. W pierwszej odsłonie serii Mass Effecta umożliwienie graczowi podróży na cztery dowolne planety i wykonywania zadań w dowolnej kolejności nie było zbytnio uzasadnione, jedno nie wynikało z drugiego, a i zwłoka w poszczególnych miejscach nie była jakoś szczególnie karana. Specyficznie, ale usprawiedliwiając to budowaniem zespołu, rozwiązano to w części drugiej. Tym ciekawiej wygląda sytuacja w ostatnim rozdziale trylogii – główny wątek jest liniowy, prowadzi nas od punktu do punktu, natomiast odzwierciedla nasze decyzje. W jak dużym stopniu? To przyjdzie ocenić w recenzji.
Mając za sobą kilkanaście godzin zabawy, nie czuję się oszukany przez BioWare. Oczywiście twórcy musieli pójść na jakieś ustępstwa, ale przynajmniej mamy pewność, że jeżeli dany bohater nie pojawia się, to albo niektóre sceny w ogóle nie zaistnieją, albo też występujące w nich postacie różnią się charakterem, preferując inne zachowania. Na tym etapie trudno też sprecyzować, jak wiele tracą ci, którzy zaczynają zabawę właśnie od Mass Effecta 3. Odnoszę jednak wrażenie, że deweloperzy drobnymi elementami nagradzają tych najbardziej wiernych fanów.
Wszystko dlatego, że nasza próba odbicia Ziemi uzależniona jest od wsparcia innych. Nie tylko pojedynczych jednostek, jak to miało miejsce w poprzedniej części, ale i całych armii czy ras. BioWare wprowadziło w związku z tym system pozwalający kontrolować stan przygotowań, łączący główne misje, poboczne zadania, efekty wcześniejszych decyzji, a nawet skanowanie planet. Pomysł rewelacyjny, oferujący zawsze coś do zrobienia, a i sprawnie zrealizowany. Oczywiście marzyłbym, by taki element zamienił się z czasem w pełnoprawną grę strategiczną, z mapą rodem z serii Total War. Jednak raczej jest to niemożliwe. Pamiętam doskonale, jak cieszyłem się, że w finale poprzedniej części zwrócił się mój perfekcjonizm i ulepszanie Normandii w każdym aspekcie. Mam nadzieję, że i tu zostanę odpowiednio nagrodzony.
W tym momencie dużo myśli kłębi się w mojej głowie, a przygoda w roli komandora Sheparda trwa w najlepsze. Myśli przyjdzie „uczesać”, oceniając Mass Effecta 3 jako całość. Nim jednak to nastąpi (a oznaczać będzie nie tylko dokończenie kampanii, ale i sprawdzenie jej z perspektywy nowego gracza), skomentuję obszerniej tryb kooperacji. Tymczasem jako redakcja zachęcamy Was do przedstawiania opinii o finalnej walce ze Żniwiarzami. Jak oceniacie najważniejszą misję Sheparda?