Ale sukces Call of Duty nie jest tylko wynikiem ciężkiej pracy twórców i speców od reklamy. Seria jest bowiem dzieckiem pewnej epoki - naznaczonej militaryzmem, miłością do broni i prostym podziałem świata na dobry chrześcijański zachód i zły arabski wschód. Epoki, którą pokochali twórcy gier.
Chłodne Hollywood
Kiedy 11 września 2001 roku porwane przez islamskich terrorystów samoloty wbijały się w budynki World Trade Center i Pentagonu, nikt nie mógł przewidzieć, że wydarzenia te zdominują następną dekadę i posłużą amerykańskim neokonserwatystom jako wymówka, by rozpętać dwie wojny, zliberalizować prawo do posiadania broni i doprowadzić Stany Zjednoczone na skraj bankructwa.
World Trade Center (2006)Co ciekawe, wbrew temu, co myślimy o amerykańskim patriotyzmie propagowanym przez Hollywood, wielkie wytwórnie filmowe nie ruszyły prezydentowi Georgowi Bushowi Jr. z pomocą. Inaczej niż w przypadku filmów o wojnie wietnamskiej, tym razem maszyna propagandowa nie zapewniła US Army moralnego wsparcia. Owszem, powstało kilka znaczących filmów o zamachach 11 września (chociażby "World Trade Center" Olivera Stone'a, "Lot 93" Paula Greengrassa), ale opowiadały one o samych zamachach i ich ofiarach, pomijając kwestię wojny w Iraku i Afganistanie. Hollywood, które zazwyczaj bardzo chętnie korzysta z patriotycznych nastrojów w amerykańskim społeczeństwie, tym razem zachowało dystans. A gdy filmy o amerykańskiej interwencji na Bliskim Wschodzie w końcu zaczęły powstawać, okazało się, że amerykańscy twórcy potrafią się zdobyć na obiektywizm i dostrzec niuanse.
Obrazy takie jak "Syriana" Stephena Gaghana (2005), "Królestwo" Petera Berga (2007), "Ukryta strategia" Roberta Redforda (2007), "Redected" Briana De Palmy (2007), "W sieci kłamstw" Ridleya Scotta (2008) i "Green Zone" Paula Greengrassa (2010), charakteryzuje przedstawienie kilku punktów widzenia i krytyczne podejście do poczynań CIA, armii amerykańskiej i Białego Domu. W "Syrianie" amerykański agent próbuje nawet uratować arabskiego przywódcę przed zamachem zaplanowanym przez CIA. W paradokumentalnym "Redected", inspirowanym prawdziwym gwałtem i mordem w Mahmudiyah, negatywnymi bohaterami są amerykańscy żołnierze. W "Królestwie" - pomimo, iż jest to film przedstawiający agentów FBI w glorii chwały, którzy podróżują do Arabii Saudyjskiej pewni, że tylko oni są w stanie wyśledzić terrorystów - jednym z głównych pozytywnych bohaterów jest Saudyjczyk pomagający Amerykanom. W "Green Zone" zaś mowa o wielkim kłamstwie, jakim było oskarżenie Saddama Husajna o gromadzenie broni masowego rażenia, a głównymi negatywnymi bohaterami są Amerykanie - służby wywiadu i najęci przez nich "siepacze" ze służb specjalnych.
Na tym tle bardzo blado wypadają otwarcie prowojenne, promilitarystyczne filmy, które wychwalają armię amerykańską. Nawet nagrodzony Oskarem "Hurt Locker" Kathryn Bigelow (2009), choć w sumie jest laurką na temat amerykańskich kowbojów bawiących się w wojnę, stroni od jednoznacznego potępienia islamistów czy Irakijczyków. A najdroższa reklamówka US Army, jaką jest wyreżyserowana przez Michaela Baya seria "Transformers", w ogóle nie porusza tematyki wojennej, kryjąc się w bezpiecznej niszy kina science fiction.
Niuanse na małym ekranie
Podobnie rzecz miała się z produkcjami telewizyjnymi. Podawany zazwyczaj za przykład prowojennej propagandy serial "24 godziny" (pierwszy sezon ruszył w maju 2002 roku) jest zaskakująco niejednoznaczny. Owszem, Jack Bauer - agent walczący z terrorystami wszelkimi dostępnymi środkami - jest ucieleśnieniem amerykańskiego patrioty, który w imię racji stanu gotów jest usprawiedliwić każdą zbrodnię, ale nie można zapominać, że aż dwa razy negatywnymi bohaterami serialu okazywali się prezydenci USA (Charles Logan w sezonie 5 i Alison Tyler w sezonie 8). Co więcej, w 2 sezonie Bauer zapobiega nawet wojnie na Bliskim Wschodzi i demaskuje spisek europejskich i amerykańskich biznesmenów, którzy chcieli na konflikcie zarobić (o sprzyjanie takim grupom bardzo często oskarżany był wiceprezydent za kadencji Busha Jr. - Dick Cheney). Często serial przełamuje też stereotyp "złego islamisty" i pokazuje, że mieszkańcy Bliskiego Wschodu też mogą popierać demokrację i wolność słowa (chociażby w sezonie 8, w którym jednym z najważniejszych bohaterów jest proreformatorski prezydent państwa wzorowanego na Iranie).
Generation Kill (2008)Natomiast wyprodukowany przez telewizję HBO serial "Generation Kill", mimo iż opowiada o amerykańskich żołnierzach, w żadnej mierze nie może być odczytywany jako prowojenny i wpisujący się w neokonserwatywną propagandę. Produkcja portretuje amerykańską armię jako źle zarządzaną i dowodzoną przez dyletantów. Wiele razy główni bohaterowie są świadkami (lub sprawcami) nadużyć, a nawet zbrodni wojennych. I choć w ostatecznym rozrachunku bohaterowie "Generation Kill" są przedstawieni w pozytywnym świetle, to nie można mówić o jakimkolwiek usprawiedliwianiu inwazji na Irak - w jednej ze scen bohaterowie mówią nawet wprost, że w kraju rządzonym przez Saddama Husajna nie było dżihadystów, nim nie pojawili się tam Amerykanie.
Równie nieoczywisty jest obsypany ostatnio nagrodami Emmy serial "Homeland" wyprodukowany przez stację Showtime. Jego głównym bohaterem jest amerykański żołnierz, który został porwany na polu walki i wiele lat spędził w niewoli w Afganistanie. Poddany praniu mózgu nawraca się na islam i zgadza współpracować z wrogami Ameryki. Jednak im bliżej planowanego zamachu, tym jaśniejsze staje się, że sierżant Nicholas Brody nie został złamany, a podjął racjonalną, świadomą decyzję. Będąc świadkiem okrucieństwa amerykańskiej armii, doszedł do wniosku, że prosty podział na złych terrorystów i dobrych marines to zwykłe, propagandowe kłamstwo, a obie strony konfliktu niczym się od siebie nie różnią. Decydując się wesprzeć islamistów nie przechodzi więc na stronę zła - wszak, wydając rozkaz zbombardowania szkoły pełnej arabskich dzieci, amerykański wiceprezydent zasłużył sobie na śmierć nie mniej niż Abu Nazir, fikcyjny przywódca niebezpiecznej odnogi Al Kaidy.