Dziś gracze kojarzą studio Bungie wyłącznie z serii Halo. Kiedy światło dzienne ujrzała pierwsza część cyklu, nosząca podtytuł Combat Evolved, firma ta wpadła w szpony korporacji i stała się zakładnikiem swojego sukcesu, tłukąc kolejne odcinki kosmicznej strzelaniny. Zanim jednak do tego doszło, Bungie stworzyło kilka ciekawych gier, o których dzisiaj mało kto już pamięta. Poza dwoma częściami trójwymiarowego RTS-a pod tytułem Myth, na początku 2001 roku (ach, co to był za rok!) na PlayStation 2 i PC ukazało się ONI. Była to interesująca hybryda chodzonej bijatyki, kreskówki anime i strzelanki TPS w klimatach cyberpunkowych. Innymi słowy - coś nowego.
Gry, podobnie jak i ludzie, starzeją się różnie: jedne z godnością, inne - raczej brzydko. Wydane dwanaście lat temu ONI zestarzało się kiepsko. Jeśli ktoś dziś sięgnąłby po ten tytuł po raz pierwszy, bez łagodnego narkotyku jakim są różowe gogle nostalgii, najprawdopodobniej odrzuciłoby go od monitora. Grafika to klockowate 3D, pełne rozciągniętych bądź powtarzających się tekstur o niskiej rozdzielczości. Poziomy są wielkie i puste, a składają się głównie z olbrzymich geometrycznych brył. Rozsiani co jakiś czas przeciwnicy w większości wyglądają jakby wyszli spod jednej sztancy, a różnią się od siebie przede wszystkim kolorami. Tak, jeśli idzie o stronę wizualną, to w 2013 roku ONI zdecydowanie nie powala
Świat gry to sztampowa, cyberpunkowa przyszłość z mocnymi wpływami japońskich anime z lat dziewięćdziesiątych, do tego stopnia, że aż pcha się na usta słowo “kopia”. Konoko, główna bohaterka ONI, wygląda jak niskopoligonowa hybryda Motoko Kusanagi z Ghost in the Shell z Naomi Armitage z Armitage III. Jej przełożony, komandor Griffin to nieomal klon Daisuke Aramakiego, także z filmu Mamoru Oshiiego, zaś Shinatama, obowiązkowa androidka będąca nawigatorem i doradcą Konoko, wygląda jak mała dziewczynka i ubrana jest w różowe wdzianko. W fabule ONI również aż gęsto jest od klisz z anime: surowy, acz ojcowski szef policji, po dziecinnemu szczebiocząca Shinatama, dobroduszny starszy naukowiec, zabójstwo ukochanej z litości, zmiany genetyczne. Jeśli ktoś jest uczulony na tego rodzaju klimaty, raczej nie zakocha się w ONI.
Skoro zatem uzgodniliśmy, że dla kogoś, kto nie miał wcześniej styczności z tą grą, ONI jest brzydko wyglądającym starociem z mało oryginalnymi bohaterami i mocno zalatującą anime fabułą, powstaje pytanie - jaki jest sens w ogóle przypominać ten tytuł? Zwłaszcza teraz, w 2013 roku, kiedy wokół jest tyle fajnych gier? Powody są dwa: system walki i klimat.
Pierwszy z nich jest bardziej obiektywnym kryterium, a sprowadza się do tego, że po dziś dzień ciężko spotkać grę, która oferowałaby równie bogaty model walki wręcz co ONI, w dodatku tak zgrabnie połączony z możliwością używania broni palnej. Szeroka paleta ataków Konoko pozwala tworzyć długie i skomplikowane kombinacje ciosów, kopnięć i chwytów, które powalają wrogów do wtóru soczystych chrupnięć wyłamywanych stawów i rozbijanych głów. Trochę kojarzy się to z chodzonymi bijatykami 2D z automatów, tylko że w 3D. Do tego dochodzi całkiem znośny model skradania się, dzięki czemu niektórych przeciwników można pozbyć się cichaczem, a także wspomniana wcześniej broń palna, której projekt jest nader pomysłowy. Mamy wyrzutnię, która wystrzeliwuje rój małych samonaprowadzających rakiet, działko, z którego wylatuje obca forma życia wysysająca siły witalne z pobliskich ludzi, czy też łuk rtęciowy, który nadaje olbrzymią prędkość ładunkowi zmrożonej rtęci, przebijającemu każdą zbroję.
Składając to wszystko razem, ONI daje graczowi mnóstwo możliwości radzenia sobie z wrażymi siłami. Zakraść się za plecy uzbrojonego wroga, złapać go za nadgarstki, wbić nogę w krzyże, naciągnąć i chrup! - zwłoki osuwają się na ziemię, Konoko podnosi upuszczoną broń, po czym zaczyna prażyć w następnych przeciwników. Można też wybrać atak frontalny i przeprowadzić szarżę na grupę żołnierzy, w biegu klucząc między furgoczącymi w powietrzu pociskami, dopaść pierwszego z nich, skręcić mu kark jednym szybkim ruchem, kopiąc jednocześnie drugiego, przeturlać pod nogami trzeciego, naskoczyć na wstającego z ziemi kopniętego - i tak dalej, i tak dalej, rozdzielając ciosy z gracją Jackie Chana. Dzięki temu bogatemu arsenałowi technik rozgrywka jest wyjątkowo satysfakcjonująca.
Drugi powód jest zdecydowanie bardziej subiektywny, ale wśród opinii graczy powtarza się na tyle często, że jego przytoczenie wydaje się uzasadnione: klimat. Na przekór wizualnej prostocie, nie sposób odmówić ONI pewnego nastroju. Może to ambientowe tło dźwiękowe, towarzyszące Konoko w jej wędrówce, a może sam fakt zwiedzania olbrzymich, pustych lokacji, ale cyberpunkowa rzeczywistość ONI wywołuje u gracza uczucia melancholii i osamotnienia. Czy będą to tchnące chłodem wnętrza ukrytej bazy złowrogiego Syndykatu, czy też gigantyczne przestrzenie zaatakowanego przez terrorystów lotniska - nie sposób czasami nie westchnąć nad wizją świata przyszłości pokazaną w grze.
Do tego dochodzi jeszcze kilka naprawdę oryginalnych momentów: oniryczna sekwencja snu-halucynacji, scena walki z obłąkanym superkomputerem, który wyrzuca z siebie bezsensowny bełkot, a także wzruszający pojedynek z pewną bliską Konoko osobą, wprzęgniętą w elektroniczny system obronny. Do dziś pamiętam, jak konglomerat laserowych czujników, morderczej broni i przymuszonej elektroniką osobowości płaczliwie przepraszał przy każdym ataku... ONI było też jedną z nielicznych gier akcji w których gracz mógł podjąć decyzję wpływającą na fabułę gry. Minimalnie, bo minimalnie, ale jednak: pociągnięcie bądź nie za spust w pewnym kluczowym momencie powodowało później reperkusje w walce z końcowym bossem.
Tak więc pomimo wszystkich wad ONI i wielu lat, jakie upłynęły od jej wydania, ciągle nie mogę zapomnieć o tej grze. Wiem, że nie prezentuje się najlepiej na tle współczesnych tytułów i że niedostatki fabuły oraz klisze rodem z anime mogą drażnić wiele osób. Niemniej przymykając nieco oko na wizualia i ignorując niektóre uproszczenia opowieści można dać się wciągnąć w historię o wojowniczej bohaterce w melancholijnym, cyberpunkowym świecie - a przy okazji malowniczo obić facjaty kilkuset przeciwnikom. Szkoda, że akurat ONI nie chwyciło tak, jak udało się to serii Halo. ONI 2 z ulepszoną grafiką i rozszerzonym modelem walki mogłoby być naprawdę rewelacyjną grą. A tak pozostaje nam jedynie okazjonalnie odpalić pierwszą część i przypomnieć sobie co potrafiło zrobić Bungie, zanim pochłonął ich Microsoft.