Gra akcji w stylu Gears of War w świecie Warhammera 40,000? Czemu nie? Wszak Marcus Phoenix sam wygląda, jakby dopiero co ściągnął zbroję Ultramarine'a, a robienie rzeźni na innych planetach zawsze sprzedawało się dobrze, odkąd pierwszy człowiek wpadł na wykorzystanie tego pomysłu w grze komputerowej. Inaczej stawiając tezę: dlaczego, mając taki solidny świat, do tego pełen konfliktów, THQ Inc. dopiero teraz zainteresowało się stworzeniem trzecioosobowej gry akcji osadzonej w uniwersum 40K?
Wydawca dużo ryzykował, powierzając prace nad Warhammerem: Space Marine specjalistom od strategii czasu rzeczywistego, czyli kanadyjskiemu Relic Entertainment. To studio znane jest przede wszystkim z trzech mniej lub bardziej strategicznych serii: Homeworlda, Company of Heroes i Warhammera 40,000. Czy firma niemająca zbyt dużego doświadczenia w tworzeniu tego typu gier udźwignie ciężar i opracuje coś naprawdę wielkiego? Po kilku godzinach grania w Warhammera 40,000 Space Marine mogę śmiało powiedzieć, że są na to spore szanse.
Ustrzelmy kilku zielonoskórych
Gra przeniesie nas na Forge World Graia, uprzemysłowioną planetę zajmującą się budową Imperialnych Tytanów oraz wszelkiego sprzętu ku chwale Imperatora. Przynajmniej do momentu, kiedy nastąpił desant setek, jak nie tysięcy, Orków. Jako że Imperium nie zna słowa porażka, na planetę został wysłany statek z Ultramarines, genetycznie wzmocnionymi żołnierzami. Niestety – zestrzelono go, co nie znaczy jednak, że misja dobiegła końca. Kilku dzielnych wojaków bowiem przeżyło, zaś my wcielimy się w jednego z ocalałych, kapitana Titusa. Ma on tu parę zadań do wykonania: zebrać pozostałych członków załogi, wytrzebić Orki, a na samym końcu sprostać inwazji Chaosu. Brzmi jak mission impossible? Cóż, jeżeli warto o coś walczyć, warto również za to zginąć.