Pierwsze, wydane jeszcze w 2002 roku Dungeon Siege, pochłonęło mnie bez reszty. Ciężko szukać w nim pamiętnych motywów fabularnych, ale gra Gas Powered Games posiadała taką mieszankę cech, która potrafiła przyciągnąć na długie godziny niejednego gracza. Jej kontynuacja straciła coś z tego uroku, a swoisty gwóźdź do trumny marki przybił Uwe Boll swym „epickim” filmowym dziełem. Seria wydała z siebie cichy jęk: „potrzeba medyka...”.
Remedium na obecny stan Dungeon Siege ma znaleźć studio Obsidian Entertainment, ostatnio znane z Fallout: New Vegas i Alpha Protocol. Czy trzecia część cyklu to powrót do korzeni? Niezupełnie, ponieważ nowi deweloperzy, jak to mają w tendencji, nie stronią od rozwiązań nie tyle eksperymentalnych co oderwanych od mechaniki, do której przyzwyczailiśmy się w pierwszej i drugiej części.
Jeżeli z „jedynki” pamiętacie farmera stającego się herosem, zaś jej sequel kojarzy się Wam głównie z elfami i kajdankami, to pocieszeniem niech będzie to, że Dungeon Siege III przynajmniej stara się wnieść do całości trochę więcej fabuły. Powracamy do królestwa Ehb, skupiając się na losach 10. Legionu. Oddziały te przez lata broniły krainy, zyskując coraz większą władzę. Gdy król został zamordowany, to właśnie 10. Legion oskarżono o ówczesną sytuację, co wiązało się z rozkazem zabicia wszystkich jego członków.
Śledzeniem i eliminowaniem każdego pozostającego przy życiu Legionisty zajęła się kierująca wojskami Jeyne Kassynder. Z czasem to ona przejęła rządy nad rozbitym na mniejsze regiony królestwem Ehb. Pozostałymi terenami zawładnęli monarchowie, chcący dla siebie części władzy. Tylko kilku potomków członków 10. Legionu przetrwało czystkę, a ostatnim z dzielnych wojaków jest Czcigodny Odo. Starzec próbuje zebrać wszystkich związanych krwią z Legionem w jednym miejscu.